Zasady „proszenia i odmawiania” w kulturze tanga argentyńskiego. „CABECEO”.

Kwiecień 29, 2008

Wpis ten powstał inspirowany artykułem internetowym Ney Melo ( http://www.neymelo.com/ ). Ten  argentyński mistrz tanga napisał swój tekst wyraźnie dręczony  kalifornijskimi  „barbarzyńskimi” obyczajami milongowymi.

Wiele problemów, które Melo porusza – moim zdaniem – świetnie koresponduje z sytuacją występującą na milongach w Polsce. Postanowiłem więc opracować skrót pomijając mniej adekwatne do naszej części świata fragmenty lub uzasadnienia. Czasem dodaję też jakieś uzasadnienie od siebie (choć z założeniem aby było zgodne z ogólną intencją jaką rozpoznaję u Melo)

 

W kulturze tanga argentyńskiego głęboko zakorzeniony jest obyczaj komunikowania się za pomocą wzroku i innych sygnałów niewerbalnych zwany „cabeceo”. Argentyńczycy – jak zresztą wszyscy chyba „Latynosi” – przywiązują dużą wagę do zachowania godności osobistej, wyrażania szacunku, wyrażania uprzejmości oraz są wrażliwi na punkcie osobistego „honoru” (służy temu dość rozbudowany system zasad zachowań i „tabu”). Zwyczaj „cabeceo” chroni obie strony (osoby proszące i osoby proszone) między innymi przed narażaniem godności przez odmawianie tańca wprost i poprzez otrzymywanie odmowy wprost. Pozwala też – z zachowaniem większej delikatności  - realizować własne potrzeby podczas milongi. Milongi,  której podstawową funkcją jest przecież czerpanie przyjemności z tańca i obcowania z ludźmi, z którymi chcemy obcować i którzy tego samego chcą dla siebie, a nie radzenie sobie z łamigłówkami  interpersonalnymi.  W Argentynie rzecz jest prosta – jedyne osoby, które nie stosują się do zasady „cabeceo” to nieliczni turyści. Ale wszędzie, gdzie kultura tanga argentyńskiego jest „zapożyczona” jest z tym problem, który pociąga za sobą dalsze komplikacje.

Marzeniem Melo jest aby wszyscy uczestnicy milong stosowali „cabeceo”.

 

1. Zasada “pierwszego i ostatniego tanga”.

Pierwsza i ostatnia tanda tańczone podczas milongi budują w głowie milonguero/a najważniejsze wrażenia z wieczoru. „Trzeba dwóch dobrych partnerów żeby zneutralizować przykre wrażenia z tańca z jednym złym”, a więc szczególnie do pierwszej naszej tandy dobierajmy partnera, z którym jest pewność miłego tańca. Ostatnia tanda w Buenos jest zarezerwowana dla osób, z którymi jesteśmy lub chcemy być w erotycznym związku lub co najmniej we flircie, a przez to jest jednoznacznym komunikatem. Zatem nawet na mniej „ortodoksyjnych” parkietach jeśli chcemy zatańczyć z kimś, kto jest w towarzystwie lub sami jesteśmy w towarzystwie grzeczność wymaga aby poprosić takiego partnera o zgodę na taniec ostatniej tandy.

 

2. Nie dręcz swoją obecnością

Często zdarza się, że partnerzy nie używający zasady ‘cabeceo’ – proszenia wzrokiem – podchodzą do wybranej partnerki i bezpośrednio proszą ją do tańca. Są czasem przyjęci, a czasem nie. Niektórzy z nich gdy słyszą grzeczną odmowę: “dziękuję, ale teraz nie zatańczę bo … (muszę chwile odpocząć, potrzebuję się napić wody itp.)” niezrażeni  siadają przy stoliku wybranki i „pilnują jej” aż „odpocznie”, „napije się” itd. Takie zachowanie jest skrajnie niegrzeczne, bo partnerce ogranicza swobodę wyboru, a także stawia ją niejednokrotnie w przykrej sytuacji, kiedy zmuszona jest zachować się mniej delikatnie. Podsumowując – jeśli odmówiono ci tańca z dowolnego powodu, oddal się i nie ponawiaj próby przez kilka tand.

 

3. Odmówienie komuś „wprost” (a nie nieprzyjęcie zaproszenia wzrokiem) wiąże się z pewną konsekwencją. Byłoby teraz niegrzeczne zatańczyć ten sam utwór z inna osobą (chyba, że powodem odmowy było obiecanie tańca „komuś innemu”). Delikatność wymaga aby poczekać z tańcem do następnego utworu (lub nawet tandy).

 

 

4. Odbijanie. W żadnym wypadku podczas milongi niedozwolone są próby  “odbijania” tańczących ze sobą partnrek (czy partnerów). Niedopuszczalne jest proszenie do tańca podczas trwania tandy osób tańczących ze sobą (nie chodzi tu oczywiście o przyjęty zwyczaj świętowania czyjegoś jubileuszu przez odbijanie w tańcu).

 

5. Tanda to 3-4 utwory grane przez DJ-a, po których następuje krótka muzyczna przerwa – cortina. Po zakończeniu tańca (nie po każdym utworze) mówimy sobie wzajemnie “dziekuję”. Zasadniczo delikatność nakazuje tańczenie ze sobą w tej samej parze do końca tandy. Podziękowanie partnerowi przed końcem tandy jest jednak wyraźnym komunikatem:

a/ Jeśli tańczymy z kimś całe cztery utwory „mówimy” – „było przyjemnie, jestem gotów tańczyć z tobą znowu”

b/ jeśli przerywamy po trzecim utworze np. ze słowami „przykro mi ale okropnie bolą mnie stopy, musze odpocząć” oznacza to „było O.K. i tyle, ale dziś już odpuść proszenie mnie”

c/ zakończenie po dwóch utworach oznacza: „pierwsze kiepskie tango pewnie było z mojej winy, ale po drugim widzę, że musisz wziąć kilka lekcji zanim znowu mnie poprosisz” 

d/ zakończenie po pierwszym utworze znaczy: „Chyba na razie nie powinieneś prosić do tańca. Dziś usiądź sobie i ucz się jak należy tańczyć.  Mnie na pewno już nie proś.”

Doświadczone partnerki powinny szczególnie kontrolować komu, jak często i ile pozwalają tańczyć ze sobą. Chodzi tu nie tylko o to, żeby nie psuć sobie przyjemności z tanga i nie tylko o to, że systematyczne tańczenie ze słabymi partnerami bardzo pogarsza własne umiejętności partnerki ale też o to, że w dłuższym rozrachunku „limitowanie” tanga prowadzi do większej motywacji u „słabych” partnerów aby się doskonalili, a także aby tańczyli z dużą koncentracją i dbałością (nawet jeśli tańczą w bardzo prosty sposób), a nie z powszechną – poza Argentyną – nonszalancją. To „limitowanie” dotyczy w mniejszym stopniu niedoświadczonych tancerzy (warto im cyklicznie dawać szanse), a przede wszystkim odnosi się do  „złych tancerzy”, z których wielu tańczy już długo ale nie odczuwają potrzeby poprawiania swoich niedoskonałości. Te osoby często tańczą w gruncie rzeczy same ze sobą  i ignorują potrzeby partnerki (partnera) oraz mają w nosie otoczenie na parkiecie.

 

6. Być miłym. Odmowa zazwyczaj jest trudna do wypowiedzenia i do przyjęcia bo dotyka uczuć, które przecież łatwo zranić. Dlatego warto odmawiać w delikatnej ale też stanowczej (bez robienia furtki do dyskusji na ten temat) formie. Jednym z dobrych sposobów jest po prostu zdjęcie ze stóp szpilek i wyjaśnienie, że twoje nogi wymagają odpoczynku. Część kobiet jeśli czują się nadmiernie nagabywane o taniec przez niechcianych partnerów na stałe zdejmuje szpilki od połowy milongi i zakładają je tylko na te krótkie chwile, kiedy są proszone przez bardziej chcianych partnerów i ich stopy „akurat odpoczną”.

Z kolei jeśli tobie odmówiono nie pogarszaj sytuacji tekstami w rodzaju: „ale powiedz mi dlaczego?”, „daj mi szansę zatańczyć ze sobą, będę świetny, zobaczysz!”, „dlaczego mi to robisz?”.

 

7. Wrażliwośc na komunikaty. Cały trudny temat “proszenia i odmawiania”  staje się łatwiejszy jeśli jesteśmy uważnym obserwatorem. Jeśli widzisz, że jakaś osoba, którą starasz się poprosić oczami przeciąga po tobie wzrokiem bez reakcji lub odwraca głowę uznaj, że po prostu nie chce z tobą teraz tańczyć, a nie że jest ślepa. Odpuść i najwyżej spróbuj później. W ostateczności – jeśli naprawdę masz uzasadnione wątpliwości czy cię widziała – możesz wstać, przejść obok niej z powitaniem typu „cześć” ale możesz poprosić ją wyłącznie wówczas jeśli jej reakcja jest wyraźnie zapraszająca – np. „Och, cześć!, świetnie że jesteś, mam nadzieję zatańczyć dziś z tobą”.

Z kolei osoby, które chcą być proszone ale nie chcą  mieć nadmiernego problemu z podchodzącymi do nich niechcianymi partnerami warto aby uważnie obserwowały salę, patrzyły w twarze tańczących, były otwarte na spojrzenia gdy piją drinka, jedzą, wychodzą na papierosa itp  (ośmielając potencjalnych partnerów na później). Warto aby dawały szansę na kontakt wzrokowy tym partnerom, na którym im zależy, a którzy szukają wzroku „chętnych” partnerek .

 

8. Prośba o pozwolenie na taniec. Niezależnie od tego jak staroświecko może to wyglądać grzecznym i miłym obyczajem jest zwrócenie się krótkim zdaniem lub choćby gestem o zgodę na taniec do towarzystwa, w którym przebywa osoba, którą poprosiliśmy. Nie ma to nic wspólnego z uznawaniem jakiejś „niesamodzielności” osoby proszonej, a jedynie jest wyrazem szacunku wobec towarzystwa któremu „odbieramy” na czas tandy jednego z jego członków.

 

Adres oryginalnego artykulu: http://www.close-embrace.com/invitingetiquette.html

  

 

 

 

 

 

 

 

Długaśna i nudna „krótka instrukcja obsługi” wyprawy do Buenos Aires, a zwłaszcza wyprawy tangowej Cz III.

Kwiecień 14, 2008

 

CZĘŚĆ TRZECIA i OSTATNIA – WOKÓŁ TANGA.

 

Może ktoś jest żeglarzem, importerem wołowiny, ktoś pokochał pampę lub chce wspinać się po wschodnich zboczach Andów i traktuje Buenos Aires jako niezbędny przystanek w podróży. Pewnie zdarzają się jacyś ludzie, którzy jeżdżą do Buenos w innym celu niż zbliżenie się do źródeł tanga argentyńskiego. Jednak prawdopodobnie każdy kto tam zawita musi jakoś otrzeć się o to argentyńskie dziedzictwo.

 

Tango przenika Buenos (a przynajmniej te jego części, do których trafiają przybysze z innych stron).  Jest wszędzie.

 

 

Czasem nachalnie i  kiczowato wyskakujące na „deptaki”, często widoczne jako ważna część miejscowej gospodarki, czasem  subtelnie wplecione w siatkę nerwów tego miasta, czasem tworzy coś jakby świat alternatywny, o którym miejscowi nie tańczący tanga wiedzą, że gdzieś jest  ale gdzie i kto tam żyje, i właściwie co robi tego już nie wiadomo.  

 

My przylecieliśmy do Buenos właściwie bez żadnego przygotowania i planu. Naszym celem było „poznać coś nowego”, „przełamać własne schematy”. Ja wiedziałem ponadto, że interesuje mnie „klasyczne” podejście do tanga, a Joasia chciała dodatkowo popracować z ciałem w nurcie nuevo (trochę zakładając, że nuevo interesujące się jogą, baletem itp. poprawi „basic”). W Warszawie, w zwykłym codziennym trybie przeglądając YouTube uzgodniliśmy miedzy sobą (głownie aby na miejscu się o to  nie kłócić) styl których nauczycieli nam się podoba. Joasia miała też rekomendacje od Beaty Mai, że warto aby przekonała się czy pasuje jej „El Chino” (bardziej związany z nuevo, a więc w ogóle go nie znaliśmy). Tuż przed wylotem Asia wysłała maila do Fernando Galera aby sprawdzić czy będzie na miejscu i na jakich zasadach można się u niego uczyć. Okazało się, że taki sposób działania na pierwszy raz jest całkowicie sensowny choć jestem pewien, że następnym razem – już znając jakoś miejscowe realia – zaplanujemy wszystko bardziej szczegółowo.

Praktykowanie tanga w Bs.As oczywiście nie stanowi żadnego problemu. Warto wiedzieć, że należy „mentalnie” oddzielać miejsce (nazwę klubu czy sali – np. Salon Canning) od nazwy praktyki czy milongi (np. Milonga Paracultural w Salon Canning). Inaczej łatwo się pogubić o co chodzi bo pod tym samym adresem w zależności od dnia tygodnia i godziny mamy całkiem oddzielne przedsięwzięcia tangowe (inni organizatorzy, inny charakter muzyki, inna konwencja stroju, inni stali bywalcy i wreszcie inna nazwa). Argentyńczycy wyjaśnili nam dość jednoznacznie, że nocne milongi, a zwłaszcza te z pokazami lub muzyką na żywo – mimo, że intensywnie kisielowane – mają charakter głównie towarzyski. Jest tam świat prawdziwego, żywego tanga argentyńskiego – bywalcy, mistrzowie, ludzie od tangowego biznesu oraz oczywiście turyści patrzący na to wszystko z większym lub mniejszym niezrozumieniem. Najczęściej jest też ogromnie tłoczno. Sądzę, że te imprezy stanowią inną formę stadnych rytuałów – podobnych w swoich funkcjach do ciągłego iskania się i kopulowania wśród pawianów. Ich zasadniczym celem jest ciągłe potwierdzanie lub przesunięcia w lokalnej hierarchii grupowej (szeroko pojętej grupy tangowych bywalców). Jeśli chcecie poćwiczyć lub po prostu potańczyć chodźcie na milongi lub praktiki które odbywają się w dzień (niektóre zaczynają się np. o 15.00 i trwają do 3.00 w nocy! – najpierw są bardziej salą treningową, a później miejscem towarzyskich spotkań i rytuałów). Dodatkowa informacja dla tych z forsą: w BsAs istnieje rozbudowana grupa usług „tango coaching” polegających na płatnym towarzyszeniu ci „profesjonalisty” dowolnej płci (wszystko jedno co to oznacza) w grupowych zajęciach lekcyjnych, lub na milongach (nie sprawdzaliśmy jak to działa i ile kosztuje).

 

 

  1. Informacje o tangu w Buenos. Truizmem jest pisanie, że można je zdobyć z Internetu. Oczywiście można i warto. YouTube daje moim zdaniem znakomity wgląd w styl tańczenia nauczycieli. Wielu z nich ma swoje własne serwisy WWW, a cześć tych serwisów ma dość komunikatywne wersje anglojęzyczne. Niestety tą drogą nie ocenimy  kwalifikacji pedagogicznych mistrzów. Warto mieć świadomość, że wiele z tych osób to samorodne wielkie talenty, diamenty na pokazach ale też po prostu prości ludzie, bez żadnej świadomości tego co i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej robią. Niektórzy nie potrafią sklecić prostego sensownego zdania nawet po hiszpańsku (jeśli ktoś był na warsztatach u „El Flaco” to wie o czym mówię). To trochę jak słuchanie w TV wywiadów z tymi bardziej elokwentnymi sportowcami:- „Widzowie chcą wiedzieć jak panu udaje się zdobywać bramki w tak trudnym meczu”. -„No, daje zesiebie wszystko.” –„A tak bardziej konkretnie?” –„Konkretnie to drybling, przyłożenie, strzał i gol. To tak robie konkretnie.”

Wielu nauczycieli uczy komunikatywnie ale w procesie dydaktycznym pozbawionym sensu (widzieliśmy to np. na jakiś zajęciach  w Plaza Bohemia). W sprawie doboru szkół i nauczycieli warto zbierać rekomendacje i nie zadowalać się informacjami w stylu „to świetny facet”. Pytać uczestników warsztatów, pytać wracających z Buenos, patrzeć w blogi np. http://caminitopl.wordpress.com/ ). Niestety sprawę komplikuje dodatkowo problem, że czasem warsztaty grupowe są prowadzone na całkiem innym poziomie niż indywidualne lekcje. Ja na pewno w zakresie tanga salon rekomenduję zajęcia zarówno indywidualne jak i grupowe w szkole „Nuevo Estudio La Esquina” prowadzonej przez Fernando Galera i Vilmę Vega (http://www.fernandoyvilma.com/ ). Mogę też z czystym sumieniem polecić zajęcia grupowe (nie znam indywidualnych) w Tango Esquela  Carlos Copello (WWW.carloscopello.com ) prowadzone przez Fabiana Peralta z partnerką (ona mało znana jeszcze. Zamieściłem link do ich tańca w rozdziale o kisielu.). Joanna była pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu zajęć indywidualnych u Marcelo Gutierrez „El Chino” (http://www.pechelo.com/home_en.html ) – nie mylić z innymi licznymi „El Chino”. Ja jako obserwator z zewnątrz  jej trudów myślę, że zajęcia u niego warto łączyć z nuevo albo pozostać jego uczniem na dłużej (bardzo precyzyjne zajmowanie się ciałem, które może „rozbić” klasyczne nawyki i trzeba czasu na poskładanie tego wszystkiego na nowo). Aldona i Arnaud byli zachwyceni lekcjami tango nuevo w Estudio D.N.I. – światowej Mekce nuevo (http://www.estudiodnitango.com.ar ).

  1. Obyczaje. Sporo można już przeczytać na ten temat w blogu caminitopl lub w tym blogu ale podsumuję podstawowe rzeczy dotyczące tanga tradycyjnego (nie wiem jak to wygląda wokół nuevo, które w świadomości starszych Argentyńczyków sytuuje się gdzieś w okolicach popu, rockendrolla, twista lub jeśli w formie profesjonalnej, to blisko baletu nowoczesnego).
    1. W BsAs jesteśmy w obcym kraju i w  kulturze, która nie jest nasza. W dodatku w kulturze, która – choć niezwykle tolerancyjna w wielu sprawach – bardzo poważnie traktuje tango argentyńskie jako swoje WŁASNE dziedzictwo, obszar tworzący miejscowe korzenie identyfikacji narodowej. Pamiętam jak w Rajgrodzie z okazji urodzin Eli G. zrobiliśmy podczas milongi małe show z polskim „tangiem apaszowskim”. Obecny tam Miguel – jeden z mistrzów, nauczycieli starej daty – był niemal oburzony, a co najmniej zdegustowany, że profani  włożyli między utwory tanga argentyńskiego i tańczą jak tango argentyńskie „jakieś tango polskie” i stanowczo wyraził opinię, że tango argentyńskie może pochodzić wyłącznie z Ameryki Południowej. Nie chcę dyskutować o tym, czy my w Polsce na naszych „polskich” milongach mamy „moralne prawo” robić z tangiem argentyńskim co chcemy. Chcę tylko przekazać informację, że jeśli chcemy być zwyczajnie grzeczni wobec miłego i z pewnością życzliwego nam Polakom narodu, to w BsAs  warto stosować się do tangowej obyczajowości, bo to dla tego narodu rzecz naprawdę ważna i poważnie traktowana.
    2. Warto wiedzieć, że milongi tradycyjne są całkowicie pozbawione muzyki  elektronicznej czy nuevo. Dominują tanga, dość mało walców i bardzo mało milong (wtedy też jest najwięcej miejsca na parkiecie). Na milongach „nowoczesnych” jest mydło powidło (łacznie z innymi niż tango rodzajami muzyki tanecznej).
    3. Na lekcjach i praktikach można mieć strój dowolny. Ale – uwaga! – Argentyńczycy/Argentynki bardzo dbają o ubiór, makijaż, świeży zapach, zadbane włosy itp. Na milongach miejscowi występują ubrani w zwyczajne „eleganckie” ubrania (zależne od pory dnia) i zdecydowanie unikają dżinsów i t-shirtów, a panie unikają spodni (bardzo popularnych na ulicach). Wielu panów nosi garnitury (choć krawaty bardzo rzadko). Jednocześnie ukochane w Polsce „wystrzałowe tangowe kreacje” popularne w BsAs wyłącznie wśród nieargentynek – choć pewnie nikogo nie dotykają – są rezerwowane raczej na „wielkie wyjścia” lub pokazy.
    4. Przed wybraniem się na określoną milongę można dokonać telefonicznej rezerwacji miejsca. Zazwyczaj daje się to zrobić w języku angielskim. Warto wymyślić jakieś proste hasło na które rezerwacja ma działać – np. „Polonia”. Należy też wyraźnie zaznaczyć czy rezerwacja jest dla kobiety, czy dla mężczyzny, czy dla pary. Przypominam, że jeśli idziecie jako para i siadacie jako para to właściwie decydujecie się na tańczenie prawie wyłącznie ze sobą (ostatecznie jest niewielka  szansa na innych „nieargentyńczyków). Większość sal tanecznych ma swoje szatnie, które jednocześnie są kasami. Wejście kosztuje 10-15 peso. Buty zmienia się koło szatni (lub ostatecznie przy stoliku). Niezależnie należy odszukać gdzieś przy wejściu, ale już za szatnią gospodarza (gospodynię) milongi – osobę, która ma jakiś swój plan stolików i ich rezerwacji i to właśnie ta osoba  decyduje gdzie was posadzi i należy się temu podporządkować (nie upierać się, że wolicie inny stolik). Stoliki mają obsługę kelnerską. Można zamiast siedzieć przy stoliku stanąć sobie przy barze lub pod ścianą (często taka miejscówka jest korzystniejsza bo bardziej widoczna niż stolik w trzecim szeregu w kącie). Co prawda nie zostawiałem na stoliku kamery czy portfela ale nigdy nie miałem poczucia, że na sali mój plecaczek może zostać okradziony.
    5. Proszenie odbywa się wzrokiem na odległość. Bardzo rzadko widywałem niedoświadczonych obcokrajowców próbujących podchodzić do potencjalnych partnerek ale było to naprawdę mało skuteczne i wyraźnie traktowane jako niegrzeczne. Czasami tez zdarzało się, że jakiś nieudaczny i zdesperowany Argentyńczyk „prosił” łażąc po sali (ale wyłącznie panie już z daleka wyglądające na turystki bo u Argentynek naprawdę zero szans). Jeśli mężczyzna widzi przyzwolenie, zmierza do partnerki po obwodzie sali trzymając z nią kontakt wzrokowy. Kiedy jest już na wysokości jej stolika ona wstaje i podchodzi do niego (zapobiega to krępującej sytuacji, że komuś coś się wydawało tylko). Widziałem jak facet „niechluj” podszedł tylko w pobliże proszonej kobiety, stanął głupio się uśmiechając, a ona przez jakieś 2-3 sekundy poczekała (z miłym uśmiechem patrząc na niego) czy on wreszcie zrobi brakujące półtora kroku poczym miękko odwróciła głowę i tak zakończyła tę sytuację zostawiając kolesia stojącego samotnie na środku parkietu. W następnym utworze zatańczyła z innym gościem, który rozumiał, że to on prosi, a więc ma zadbać aby to nie ona paradowała do niego tylko on do niej. Odprowadzanie po zakończonej tandzie jest już bardziej symbolicznym nadaniem kierunku niż rzeczywistym towarzyszeniem w drodze do stolika. Na czas cortiny wszyscy opuszczają parkiet i zajmują „miejsca obserwacyjne”. Nie ma żadnego sterczenia na parkiecie z „zawładniętą” partnerką (jeśli jest taka rzeczywiście „zawładnięta”, to nawiąż z nią kontakt wzrokowy i pewnie ci znowu nie odmówi).
    6. Taniec odbywa się w bardzo uporządkowany sposób w koło po obwodzie parkietu (czasem w dwóch lub nawet trzech „sznurkach”).  Na samym środku czasami można zauważyć kilka par tańczących bardziej spontanicznie. Ale nawet one bardzo uważają żeby nikogo nie potrącić. Sensem tanga argentyńskiego w BsAs jest czerpanie przyjemności z muzyki, z kontaktu z partnerem itp., a nie przyjemności z gimnastyki i sprawności fizycznej (do tego służą fitness kluby i  tango nuevo). Potrącanie w tańcu nawet jeśli zrobione całkiem bez złej woli jest uważane za skrajne łamanie reguł, przeszkadzanie innym w czerpaniu należnej im rozkoszy, niegrzeczne i zdecydowanie „karygodne”. Potrąciwszy jakąś parę można całkowicie spalić się dla innych partnerek albo nawet być zostawionym w środku tandy przez własną partnerkę, z którą się tańczy. Wykluczone są zatem wszelkie kroki pod prąd lub w poprzek tańczących kręgów, bardzo ograniczone jest zatrzymywanie się lub wyprzedzanie (choć ruch bywa straszliwie powolny).  Niezbędne natomiast są umiejętności tangowego kisielu. Jeśli tego nie potraficie, to tańczyć chodźcie wyłącznie na praktiki, a na milongi tylko obserwować.
  2. Tangowe zakupy.

Oczywiście warto spisać adresy i rekomendacje z blogów i z innych internetowych źródeł. Ale równie dobrze można wziąć jakąś tangową gazetkę i poruszać się po reklamach. Wybór jest ogromny i właściwie po to aby nie zwariować warto zrobić chyba trzy rundy. Pierwsza runda w sprawie butów to wizyta powiedzmy w dziesięciu sklepach (więcej chyba nie ma sensu bo każdy sklep to dziesiątki jeśli nie setki fasonów i kolorów), przymierzanie i robienie notatek (zdjęć nigdzie nie dają robić).  Ewentualnie można sobie kupić jakąś jedną parę butów. Druga runda to już wybieranie tego na co macie ochotę i kupowanie jeśli akurat jest rozmiar (problemy i technika kupowania są opisane w innym miejscu blogu). Można też ustalić kiedy spodziewają się rozmiarów w fasonach, które chcecie kupić, a aktualnie ich nie ma (oczywiście to Argentyna więc wszystko jest orientacyjne). Trzecia runda to sprawdzanie czy już są te oczekiwane buciki. Często w sklepach z butami są też elementy stroju, a w dodatku czasem można je tam uszyć na zamówienie. Jeśli chodzi o ubrania to jednak tańsze są specjalistyczne pracownie (adresy w ogłoszeniach gazetowych). Męskie spodnie tangowe zdecydowanie rekomenduję u Miguela (my best Amigo), zgodnie z odpowiednim wpisem w tym blogu.

Oczywiście można przyjechać na miejsce zupełnie bez rozeznania i odbyć przygodę. Trzeba mieć tylko adres do pierwszego miejsca związanego z tangiem. Tam znajdziecie tangowe darmowe miesięczniki w stylu „El tangauta” czy „B.A. Tango”, a w środku setki adresów i telefonów szkół, sklepów, mistrzów, milong itp.

To juz koniec (chyba, że dopisze jeszcze coś Joasia „z offu”).

janusz

Długaśna i nudna „Krótka Instrukcja Obsługi” wyprawy do Buenos Aires, a zwłaszcza wyprawy tangowej. Cz.II

Kwiecień 6, 2008

 CZĘŚĆ DRUGA – KILKA  INFORMACJI  PRZYDATNYCH NA MIEJSCU

 

  1. Pranie. Nie jestem podróżnikiem. Ani zapalonym turystą, mimo że widziałem dotąd paredziesiąt krajów. W dodatku – szczerze mówiąc – od dawna nie interesuje mnie tzw. zwiedzanie. National Geographic, a później Discovery i Planete zamiast pobudzić moją ciekawość uczyniły coś takiego, że wszelkie budowle i krajobrazy straciły szanse na wzbudzenie zaskoczenia czy poczucia „świeżości”.  Obecnie w życiu zwracają moją uwagę, powodują dreszcz emocji, angażują rzeczy, które właściwie mogę znaleźć wszędzie choć jednocześnie nie są takie znów łatwe do spotkania, uchwycenia i przeżycia. Zagranicą zawsze czuję się trochę zagubiony i niedostosowany i – mimo, że dalekie to od cierpienia czy nawet niewygody – chętnie wracam do Warszawy. Lubię Polskę. To „mój” kraj i chociaż staje się coraz brzydszy architektonicznie, zaśmiecony krajobrazowo oraz irytujący (a często wstydliwy) społecznie nigdy nie chciałem się z niego wynieść na dłużej. Buenos Aires zaskoczyło mnie. W ciągu trzech dni poczułem się „jak u siebie”. Po dwóch tygodniach zacząłem wypowiadać zdania w rodzaju – „gdybym był młodszy i nie miał tylu zobowiązań w Polsce chciałbym tu zostać na zawsze”. Ale po kolejnych kilku dniach dodawałem już w myślach: -„gdyby nie to cholerne pranie”. Tak, pranie. Dzisiaj pranie, jawi mi się największym problemem turystycznego życia w Buenos. A właściwie nie samo pranie tylko brak sensownego rozwiązania dla utrzymywani ubrań w cyklicznej czystości bez robienia z nich strzępów i porozciąganych ścierek  Wysoka temperatura i okresowo wysoka wilgotność powodują znaczącą nadprodukcję ubrań do uprania. W mieszkaniu (mimo, że duże i z wielkim balkonem) praktycznie z trudem można było rozwiesić tylko mokre majtki, skarpetki i ręczniki. Zostawienie czegoś na zewnątrz oznaczało niemal pewne odfrunięcie z powodu gwałtownego i zawsze niespodziewanego wiatru. Pralnie, które są dostępne co krok dewastują każde ubranie.  Żadne pocieszenie, że te usługi kosztują dosłownie grosze. Bębny pralnicze przypominają raczej maszynki do mielenia mięsa. Powszechnie używane środki piorące przepalają nawet wysokiej jakości len, a pozostałym resztkom nadają trwale smrodliwe piętno. W dodatku suszarki to właściwie młynki do kawy, a na koniec personel w jakimś niezrozumiałym dla mnie ataku miłosierdzia rutynowo chce obficie spryskać wszystko zapachem przypominającym sowieckie „duchi”. (Młodzieży wyjaśniam – „duchi” przez dziesięciolecia były sprzedawane np. na dworcach i w domach towarowych w ZSRR z automatu. Za 5 kopiejek można było nadstawić się na prawdziwy prysznic „perfum” zabijających wszy, głęboki zapach miesiącami nie mytego ciała oraz odór nigdy nie pranych ubrań). Do jakości prasowania w Buenos nie będę się już odnosił bo w zasadzie wszystko jedno jak wyprasują ci strzępy upranych, a dopiero co  nowych spodni. Podstawowy postulat dotyczący prania brzmi: „przejmij kontrolę”. Jeśli już musisz coś oddać do pralni kup własny proszek (a najlepiej płyn) do prania, zakaż perfumowania i  suszenia. Najlepiej pierz sam.
  2. Pieniądze. Peso dla nas jest tanie, a w Argentynie ma sporą siłę nabywczą. Niemal wszystko jest 30-50 % tańsze niż w Polsce (zwłaszcza rzeczy nieco wyższej jakości). W marcu 2008 1 Peso = 0,75-0,80 zł lub inaczej 1US $ = 3,05-3,14 $(peso). Nadal dość wysoka inflacja więc za kilka miesięcy będzie trochę inaczej. 
    1. Trzeba uważać na fałszywe banknoty (już na oko wyglądające na kserówki), i na banknoty uszkodzone. Wszyscy, wszędzie sprawdzają pieniądze i często ktoś nie chce przyjąć np. 100 peso (to dużo forsy więc duże ryzyko) albo nawet 20 peso (bo naderwane). Niestety nowe miejscowe banknoty po wyjęciu z bankomatu już po 5 minutach rozpadają się nawet od kichnięcia.
    2. Nie wszędzie przyjmują karty płatnicze (a zwłaszcza nie w szkołach tanga i tanich knajpkach). Popularna jest Visa i Master ale najbardziej chyba American Express. W wielu miejscach można płacić w dolarach USA „negocjując”  kurs wymiany ale widać, że to raczej akceptowany kłopot niż pożądana forma. Bankomatów jest naprawdę niewiele i – co zadziwiające – też czasem wypłacają fałszywe pieniądze.
    3. Wymiana dolarów lub euro możliwa jest w kantorach. Są to nie oznakowane dziwne miejsca ale można trafić pytając się np. policjanta. Kantory – poza tymi na lotnisku czy w domach towarowych – mają dość jednolity kurs zgodny z bankowym. Banki teoretycznie też wymieniają pieniądze (i podobno jest mniejsze ryzyko fałszywych) ale nam się to nie udało mimo podjętych kilku prób (straszne kolejki, musisz mieć paszport w oryginale, często okazuje się, ze przeszkodą jest brak stałego pobytu w Argentynie albo brak konta w tym konkretnym banku…). Banki najczęściej otwarte są do 15.00.
  3. Zakupy, jedzenie, komunikacja. Można w skrócie powiedzieć, że to wszystko – z małymi wariacjami – jest podobne jak w Europie. Z kilkoma zastrzeżeniami.
    1. Dominuje zasada „żyjemy dla przyjemności więc nie psujmy sobie humoru, a zwłaszcza pośpiechem”.  Większość rzeczy toczy się niebywale powoli, nieporadnie i z koncentracją uwagi rozchwianą jakby w świecie „dzieci specjalnej troski” (jednym z chlubnych wyjątków są niektórzy nauczyciele tanga argentyńskiego pracujący z europejczykami). Niemal wszyscy  są mili ale bez jakiejkolwiek służalczości i najchętniej od drugiego spotkania już cię całują jak bliską sercu osobę. W Buenos powiedzenie „klient nasz pan” należałoby zmienić na „klient nasz amigo”. Oznacza to, że nic nie jest problemem dopóki sam nie uczynisz z tego problemu. Nie oczekuj jednak od „przyjaciela”, który cię obsługuje czegoś więcej niż pamiętanie, że jesteś jego przyjacielem i głośnego całusa w policzek (przy okazji dementuję błąd występujący w poprzednich moich wpisach – całusy są zawsze w prawy policzek czyli całujesz w lewy tylko z twojego punktu widzenia). W żadnym wypadku nie rób awantur. Uwierz – życie wymaga czasu, a jego doraźne efekty nie są idealne..
    2. W restauracjach jest słaby wybór chociaż średni poziom gastronomii dużo lepszy niż w Polsce i chyba w ogóle w Europie. Warto pamiętać, że zazwyczaj mają przerwę od 15 albo16 do 20. Dominuje nieprzekazywalnie smaczne mięso (przy czym można trafić na każdą część krowy, a raczej … byka). Alternatywą lub uzupełnieniem są „empanadas” – pieczone pierożki z rozmaitym nadzieniem, omlety, kanapki i świetna pizza. Ryby, pasty, risotta wymagają polowania i poza tymi pierwszymi są mało udane (moim zdaniem bo np. Wojtkowi smakowały). Bardzo smacznie i tanio (duży obiad 20 peso) można jeść w lokalnych knajpkach w bocznych ulicach ale każdy sanepid w UE natychmiast zamknąłby większość z nich. Jako osoba doświadczona w gastronomii nie miałem jednak oporów aby korzystać z tych miejsc przede wszystkim z powodu bazowej higieny (np. zawsze czyste sztućce i talerze) i wyjątkowej świeżości składników. Jeśli chodzi o zwyczajne wina, to powszechnie zaskakująco przyjemne są białe, a czerwone tylko te lepsze. Chyba najbardziej bezpiecznym wyborem jest Malbec. Często trzeba – grzecznie bo jesteśmy przecież amigos – prosić o ochłodzenie. Malbec smakuje pity w temp. 15-18 st.C, a podają go w „pokojowo-kuchennej” czyli nawet powyżej 25st. C !. Smakosze włoskiej kawy będą zawiedzeni. Warto nosić ze sobą słownik, bo do rzadkości należą menu po angielsku, a personel z zasady  mówi po hiszpańsku i jeżeli danego wieczora nie planujesz zjedzenia grilowanych byczych jąder to zadbaj aby zrozumieć co ci proponują.
    3. W sklepach jest to co u nas. Tylko taniej i trochę inaczej. Prawie nie ma musli, a wszelkie sosy, jogurty, majonezy są żelatynowane, z paskudnym mdławym absmakiem. Trzeba uważać na twarożki, bo większość z nich to jakieś dziwne miksy z rozrzedzonymi topionymi serkami (tak, wpadli na coś takiego!).
  4. Komunikacja. Trzeba uważać na ulicach bo nigdzie pieszy nie ma pierwszeństwa. Jednocześnie jeśli idziesz zdecydowanym, jednostajnym krokiem to nikt cię nie potrąci (mimo, że pozornie może wyglądać jakby na ciebie polowali). Taxi – nieprawdopodobnie tanie i wszędzie dostępne praktycznie bez czekania. Jako pasażer najlepiej podaj adres na kartce i zamknij oczy.  Jedyne pierwszeństwo przejazdu wynika z tego kto jest pierwszy na krzyżowaniu, nie uznaje się pasów (w ogóle!), w nocy wiele samochodów jeździ bez świateł lub na postojowych z lewej strony, taksówkarze uwielbiają z pełną szybkością mijać samochody, przechodniów i inne przeszkody dosłownie o centymetry… . Nie widzieliśmy jednak wypadków. Tanie i dobre metro obejmuje większą część turystycznie ważnego Buenos. Czasem warto pojechać gdzieś metrem i dojechać taxi (jeśli zbyt daleko na piechotę). Autobusy są ale ich nie poznaliśmy.
  5. Bezpieczeństwo. Argentyńczycy z „klasy średniej” często twierdzą, że Buenos jest pełne cwaniaków i oszustów. Myśmy mieli generalne wrażenie dużego bezpieczeństwa na ulicach. Bardzo dużo widocznej policji i różnych służb ochrony wskazuje jednak, ze jest tu jakaś cienka granica. Tzw „ubogie dzielnice” chyba realnie bywają niebezpieczne po zmroku (Aldona przeżyła nawet jakiś „atak”- na szczęście niegroźny w skutkach). Ścisłe centrum z pewnością pełne jest kieszonkowców bo ludzie chodzą z torbami i plecakami ogarniętymi mocno ramionami na brzuchu. Myśmy – poza przygodą Aldony – nie widzieli jednak niczego co sprawiałoby wrażenie choćby cienia zagrożenia podobnego do tego co jest w wielu dzielnicach w Warszawie (żadnych „napakowanych” grupek, nikt nikomu nie wyrwał torebki na ulicy, żadnych niespokojnych pijanych czy narkomanów, żadne dzieciaki nigdzie się nie szarpały, nikt nie terroryzował metra, zero agresywnych żebraków itp.). Wiele osób wyraźnie bezinteresownie życzliwych i pomocnych, co jak wiadomo budzi w nas – Polakach – silną nieufność ale we mnie też i tęsknotę.

 janusz

PS. Część III „Instrukcji” będzie wokół tanga.

Długaśna i nudna „Krótka Instrukcja Obsługi” wyprawy do Buenos Aires, a zwłaszcza tangowej. Cz I.

Kwiecień 4, 2008

CZĘŚĆ PIERWSZA – PODRÓŻ DO BUENOS.

 

  1. Argentyna i wiza. W dzisiejszych czasach, przy pewnej swobodzie finansowej można skoczyć do Argentyny decydując się właściwie z dnia na dzień. Polacy (i chyba wszyscy obywatele UE) dla pobytu do 90 dni nie muszą mieć żadnej wizy. Wystarczy ważny paszport (ważny przez 3 miesiące chyba). Ktoś spytał mnie ostatnio czy nie wystarczy unijny dowód osobisty. Informuję – nie wystarczy. Jedna z naszych znajomych w średnim wieku nie mająca zbyt wielu podróżniczych doświadczeń (w dodatku jedyną „geografię” miała w szkole) spytała nas przed wyjazdem, czy do Argentyny lecimy samolotem, czy jedziemy samochodem. Spokojnie wyjaśniłem, że Argentyna leży poza Europą, a więc zdecydowanie wybieramy samolot. Na co odparła z powagą i ze zrozumieniem: „No tak, to kawał drogi, a ty nie lubisz prowadzić.” Przyznam, że dręczy mnie pytanie czy żartowała, tylko że ogromnie głupio mi spytać… Inny znajomy – skądinąd po dwóch fakultetach – próbował mnie przekonać, że Buenos musi mieć większą różnicę czasu wobec Polski niż 3-5 godzin (zależnie od sezonu) bo jego znajomi, którzy mieszkają w Kanadzie nad Pacyfikiem … .  Właściwie to całkowicie usprawiedliwiam taką ignorancje. W żadnej księgarni w Warszawie nie udało mi się kupić przewodnika w języku polskim ani po Argentynie ani po Buenos (w końcu kupiliśmy na allegro.pl całkiem przyzwoity z drugiej reki wydany przez Agorę i dodawany niegdyś do Gazety).  

Tu zatem kilka informacji bazowych:

  1.  
    1. Buenos Aires (Buenos: dobrze, świetnie; Aires: powietrze, wiatr?) jest stolicą Argentyny,
    2. Argentyna nie jest członkiem Unii Europejskiej – leży w Ameryce Południowej generalnie po jej wschodniej stronie czyli nad Atlantykiem. Warto mieć świadomość, że w stosunku do nas leży poniżej równika, a więc ma „odwrócone” pory roku. Jeśli ktoś chciałby zrobić sobie wycieczkę gdzieś poza Buenos to niech ma świadomość, że – ze względu na wymiary kraju – długość około 3700 km i szerokość około 1400 km. – musi mieć trochę wolnego czasu. Argentynę zaludnia  niemal 40 mln. mieszkańców z czego około 50% mieszka w aglomeracji Buenos (to trochę jak aglomeracja Katowicka z przyległościami tylko tu nie kopie się węgla), jakieś 40% w kilkunastu mniejszych miastach, a jedynie 10% to ludność wiejska. Paradoksalnie Argentyna ma się za „kraj rolniczy”. Ludzie ci posługują się językiem kastylijskim (czyli jak my mówimy – hiszpańskim). W Buenos generalnie nie posługują się żadnym innym językiem. Ponieważ jednak uwielbiają się komunikować, są mili i otwarci to są gotowi z prawdziwą pasją rozmawiać z tobą nawet jeśli nie masz pojęcia o hiszpańskim. Oni będą mówić za siebie i ciebie. Przy czym jeśli znasz 3-7 hiszpańskich słów to konwersacja stanie się bardziej płynna i zbierzesz komplementy, że całkiem nieźle mówisz w ich języku. Jeśli słabo mówisz po hiszpańsku ale nie znasz co najmniej 500 słów i podstawowych form gramatycznych nie ujawniaj że potrafisz wypowiedzieć więcej niż 7 słów. Powód zalecanej wstrzemieźliwości? Wtedy najpewniej uznaliby, że władasz biegle ich językiem w mowie i piśmie  i paplaliby bez przystanku, nie reagując na twoja bezradność. Z drugiej strony – mimo, ze jestem prawdziwym antytalenciem językowym – po dwóch tygodniach pobytu miałem wrażenie niemal jakby mówili tu po polsku tylko z innymi końcówkami. W przeciwieństwie do wielu innych języków my, Polacy słyszymy tu każdą głoskę, a wiele brzmień jest podobnych do łacińskich naleciałości języka polskiego. Jak łatwo policzyć, połowa obywateli Argentyny mieszka gdzieś „poza Buenos”. Ale połowa z tej połowy nie używa elektryczności i bieżącej wody.  Za to „wszyscy” świetnie jeżdżą konno, znają się na bydle i uprawie winorośli, grają na gitarach i tańczą tańce ludowe. Etnicznie tworzą dość nieprzeciętną mieszankę. Rysy latynoskie w skandynawskich kolorytach. Twarze słowiańskie (podobno 15% to osoby pochodzenia polskiego i ukraińskiego), żydowskie, włoskie z domieszkami indiańskich krasnoludzich sylwetek. Ni stąd ni zowąd 99-cio procentowi Indianie o postawach „Szwarcenegerów”. Trochę zwykłych Indian (podobno przyjezdnych z zagranicy). Gdzieniegdzie jakaś dwumetrowa „Helga”. Tylko tak zwanych „murzynów” w ogóle się nie widuje – chociaż sto lat temu stanowili 1/3 populacji –  i podobno nie ma dobrego wytłumaczenia co się z nimi stało. Wszyscy i wszędzie wcinają krwistą wołowinę – najlepszą na świecie – i dużo gadają.
    3. Argentyna „białego człowieka” istnieje od XVI w (najpierw jako kolonia hiszpańska, a w XIX w już oddzielne państwo). Przez pierwszą połowę XXw była jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie i podobnie u schyłku tysiąclecia. Aktualnie wychodzi z dziesięcioletniej zapaści ekonomicznej (przeżyła 300% inflacji, powszechne bankructwa i straszne bezrobocie).
    4. Waluta to peso. Ma wprowadzające w błąd oznaczenie identyczne z dolarem USA – $ (przez wiele lat rząd Argentyny utrzymywał nieco sztuczny do dolara USA kurs – 1:1).
  2. Termin wyjazdu do BsAs. Najczęściej jest nieco przymusowy ale jeśli mieć wybór to wydaje się, że marzec i kwiecień to najlepszy czas dla Buenos (zdecydowanie ciepło ale bez zabójczych upałów oraz dużo warzyw i owoców, których brakuje „na wiosnę” – w październiku i listopadzie). Tamtejsza zima (czyli nasze lato) jest podobno zimna jak w Anglii, a lato (czyli nasza zima) nie do zniesienia gorące. Jako ciekawostkę można podać, że patrząc na cały kraj maksymalne temperatury to parawie 50 st C, a minimalne to minus 35 st. C. Na mnie robi wrażenie.
  3. Wybór linii lotniczych. Głównym (i dość bolesnym) kosztem jest bilet lotniczy. Warto załatwiać go tak wcześnie jak to tylko możliwe (kilka miesięcy wyprzedzenia daje kilka tysięcy zł oszczędności). My zapłaciliśmy około 3500 zł na osobę. Nie wiem czy latają tu jakieś „tanie linie”. My byliśmy dość zadowoleni (a biorąc pod uwagę cenę to bardzo zadowoleni) z British Airways, dla którego podwykonawcą lotu była Iberia. Ogromnie ważne jest sprawdzenie warunków dotyczących bagażu, wszelkich dodatkowych opłat i tego co w cenie biletu dostaniemy na pokładzie samolotu. Nadbagaż (zwłaszcza powrotny) może kosztować prawdziwy majątek, a do samolotu nie wniesiecie kabanosów, jajeczek na twardo i maminego serniczka na drogę. Wojtek opowiadał mi ostatnio, że podczas jakiegoś „taniego lotu” musiał płacić na pokładzie za buteleczkę wody. Byliśmy zachwyceni mając prawo do 2 x 23 kg na głowę + podręczny 10 kg + prawo do osobistych drobiazgów (typu kamera, komputer czy kosmetyczka) i w cenie całkiem znośne jedzenie i picie (ale co najważniejsze bez ograniczeń ilościowych). Pewnie gdybym był studentem „na dziekance” zorientowałbym się jakie są możliwości podróży statkiem towarowo-osobowym.
  4. Wylot z warszawy. Podróż trwa mniej więcej dobę.
    1. Pakowanie bagażu. Zdecydowanie zachęcam do odnalezienia w Internecie jakiegoś serwisu pogodowego i sprawdzenie jaka pogoda nas czeka na miejscu w tym określonym terminie. My, mimo to wzięliśmy  za mało naprawdę letnich ubrań. Przenosząc się z zimowej Polski trudno wyobrazić sobie co w praktyce oznacza 28 st. C. Ubrania na miejscu są tanie więc można je dokupić ale poco kupować jeśli już masz je w Polsce, a prócz tego pamiętaj o nadbagażu. Za to nie warto brać ze sobą żadnych rzeczy, które specjalnie musisz kupić w Polsce bo w BsAs są dużo tańsze. Zabierz jedną parę butów do tanga. Potrwa kilka dni zanim z sensem zaczniesz kupować pierwsze pary z tuzina, który ostatecznie tu nabędziesz. Na drogę zrezygnuj z futer i garniturów, a za to zadbaj o sporo kieszeni – np. bojówki (na pieniądze, bilet, chusteczki, paszport itp.). Zamknij walizki na zamki z kluczykami lub kłódki.
    2. Kilka dni przed odlotem warto sprawdzić co aktualnie wolno, a czego nie wolno wnieść na pokład. Później człowiek głupio się czuje jak wyrzucają do kosza jego ulubione perfumy, scyzoryk Victorinoxa, łyżkę do butów, albo staje wobec wyboru, że straci zabraną z domu pięćdziesięcioletnią „Starkę” w cenie 3800 zł butelka albo wypije ją duszkiem przy odprawie na lotnisku.
    3. Jeśli słabo sypiasz w podróży to zadbaj o stopery do uszu (apteka), okularki na oczy i poduszkę „obwarzanek” (np. sklepy z walizkami). Ja w dodatku jestem fanem skarpetek „antyżylakowych”, które wydatnie usprawniają krążenie w warunkach samolotu (niestety kupuję je zawsze za późno na lotniskach). Arnaud, który robi samolotami tryliony mil rocznie twierdzi, że należy od razu zdjąć buty.  Warto więc zabrać ze sobą coś luźnego do chodzenia w samolocie – np. klapki.
    4. Jeśli ktoś ma ograniczenia żywieniowe to należy to zgłosić wcześniej i potwierdzić na lotnisku przy wyborze miejsc. Mnie najlepiej sprawdza się jedzenie „muzułmańskie”, „hinduskie” lub „koszerne”. Joanna właściwie zawsze jest niezadowolona z wegetariańskiego. „Dietetyczne” jest obrzydliwe.
    5. Na lotnisku warto być dużo wcześniej. To długa podróż i właściwie wszystko jedno czy trwa 23 czy 24,5 godziny natomiast daje ci kilka punktów do przodu przy wyborze miejsc (dotyczy klasy ekonomicznej) – warto zwrócić uwagę aby uprosić siedzenia albo przy wyjściach awaryjnych, albo z brzegu przy przejściu (daje ogromnie ważną swobodę ruchów, gimnastykowania się itp.). Później, jeśli jesteś wciśnięty między dwóch chrapiących i tulących się do ciebie przez sen grubasów każda sekunda wydaje się wiecznością i modlisz się o wehikuł czasu zamiast popijać wino i dla rozrywki ćwiczyć tangowe kroki. 
  5. Przesiadki. Musisz się z nimi liczyć: 1-2. W zależności od pory doby i czasu oczekiwania warto:
    1.  wydostać się z lotniska (trochę nie klimatyzowanego powietrza i minimum ruchu jest zbawienne). W Madrycie  jest blisko metrem i wystarczy 2,5 godziny żeby użyć jakiejś swobody lub nawet zjeść coś ludzkiego. Pamiętaj, że przy powrocie musisz mieć czas na odprawę paszportową, rewizję itp
    2. albo wykupić wejście do „business / VIP / executive lounge”. W Madrycie koszt to 22 Euro od osoby. W cenie można tam wziąć prysznic, przespać się na kanapie, robić przysiady i pompki, pić do woli zimne napoje, kawę, herbatę, zajadać się rogalikami, oliwkami i orzeszkami, oglądać telewizję, lub wygodnie siedzieć w stuporze. Zazwyczaj też jest dostęp do Internetu.  Tangowych kroków nie daje się ćwiczyć z powodu dywanów.
  6. Lotnisko w Buenos. Nie jest specjalnie wielkie i nie gubisz się w nim jak można w Londynie czy w Madrycie. Jeśli nie masz peso i chcesz wymienić, to wymień minimalną potrzebną ilość -  tu jest słaby kurs. Bankomat oczywiście wszędzie taki sam. Nie wiem jak jest z komunikacją inną niż taxi. Taxi do centrum miasta kosztuje od 60 do 100 peso. Jeśli masz załatwione przez pośrednika mieszkanie z transportem to uprzytomnij sobie gdzie masz znaleźć ten transport. Nam przytrafiło się, że w zmęczeniu wyszliśmy do hali przylotów, a w 15 sekund później w lekkiej panice tyłem „dla niepoznaki” z wieloma walizami – jakbyśmy cofali film z naszego życia – przeciskaliśmy się przez podróżnych z powrotem (całkowicie nielegalnie) do strefy bagażowej żeby znaleźć właściwe okienko firmy transportowej. Swoją drogą pokazało to, że każdy może w BsAs wejść do zakazanej zony i np. rąbnąć twój bagaż. Ciekawe jak to działa w Warszawie.

 c.d.n.

 

 

Kilka końcowych zastrzeżeń:

1. Argentyna wychodzi z poważnego kilkuletniego kryzysu gospodarczego i rzeczywistość ekonomiczna zmienia sie tam (chciałoby mi się powiedziec – „tu”) z miesiąca na miesiąc. Zwłaszcza ceny, „przeliczniki walutowe” itp.

2. „Instrukcja obsługi” pisana jest z pozycji jednorazowego i ograniczonego tangowymi zainteresowaniami doświadczenia, a nie analizy – powiedzmy – tuzina wyjazdów w charakterze przewodnika turystycznego.

3. Inny ważny układ odniesienia dla tej notatki, to mój wiek około 50. i brak konieczności mocnego „zaciskania pasa”.

4. Wreszcie głównym celem jest „zapamiętanie” kawałka tego doświadczenia jeśli zechcemy tu wracać (a jestem pewien, że będziemy się o to starać), a nie utworzenie jakiegoś optymalnego „przewodnika”.

 

 janusz

Powrót Joasi, kilka refleksji i przepis na „Penne z krewetkami na przyssawkach”

Kwiecień 1, 2008

31 marca – poniedziałek.

Joanna wylądowała około 14 tutejszego czasu. Różnica 5 godzin w stosunku do Buenos (tu już czas letni, a tam już zimowy no i kilka południków w bok). Postanowiła przetrzymać i położyć się dopiero wieczorem żeby nie wpadać głębiej w jetlug (ja nie mogę wybrnąć od prawie tygodnia czego wyrazem ta pisanina w środku nocy). Umówiliśmy się więc, że zaprosimy Wojtka z Marysią do mnie na kolację i ugotuję jakąś dobrą pastę. Lubimy czosnek i to pierwsza od tygodni okazja, że możemy zionąć przeszkadzając tylko domowemu kotu (psy jak wiadomo kochają bezwarunkowo). Ponieważ wiele osób twierdzi, że nieco śliniło się czytając niektóre kawałki tego bloga, a także był już przepis na „tangowy kisiel”, to na końcu wpisu podam mój całkowicie oryginalny przepis na „Penne z krewetkami na przyssawkach”. Zazwyczaj do takich past z owocami morza pijemy mocno schłodzone portugalskie vino verde (orzeźwia i przyjemnie minimalnie gazuje). Myśmy dzisiaj – trochę na fali wakacji w Buenos – zdecydowali się na argentyński czerwony Malbec Cicchitti Reserva z 2003 (mimo, że polecany do mięs i serów ale nam bardzo pasował do mocno pikantnej, wyrazistej pasty).  

Do kolacji słuchaliśmy Gardela (co może dotykać niektórych ortodoksów, że boski Gardel tak „do kotleta”. Choć właściwie do „przyssawki” to może jakoś się broni…).

Asia opowiadała też swoje przygody z ostatnich dni. Zdążyła być (poza sprawami zawodowymi) na dwóch lekcjach u Fernando i Vilmy, dokupiła dla koleżanek buciki (mniam, mniam…), tańczyła z wielką przyjemnością na jeszcze jednej popołudniowej milondze (między innymi ze świetnie prowadzącym facetem z parkinsonem – jestem zdania, że to może nie parkinson a prowadzenie do szybkich ozdobników), a na koniec od swoich argentyńskich partnerów biznesowych dostała prezent tangowy – niezwykły i z pewnością pamiętny. Niestety nie mam upoważnienia żeby opowiadać ale jestem pod wrażeniem i zazdroszczę.

Tango jako muzyka, opowieści o tangu, buciki do tanga – nudy na pudy. Jak tylko pasta i wino się skończyły nasza słodka młodzież zajęła się jakimiś ważnymi i z pewnością wreszcie interesującymi sprawami w pokoju Wojtka, a my zaczęliśmy sobie trochę  „plotkować”, a trochę też rozważać co nas czeka z tym tangiem w Polsce. Jak się dalej uczyć, jak dalej tańczyć. Joasia wypytywała mnie o moje pierwsze wrażenia i doświadczenia milongowe po powrocie do Warszawy. Jak mi się tu tańczy teraz? Lepiej?  Gorzej? Inaczej? Bez zmian? Czy umiem coś wdrażać z moich dwudziestu kilku godzin argentyńskich lekcji i dziesiątek godzin obserwacji? Opowiedziałem jej jednocześnie trochę to sobie porządkując. Pierwsza prosta odpowiedź – nie łatwo.

Na milondze czwartkowej – pierwszej po przyjeździe – przez kilka godzin nie byłem w stanie zmobilizować się do wyjścia na parkiet jakoś obawiając się oceny części znajomych – „no i z czym on z tej Argentyny przyjechał?”, a też i intuicyjnie czując, że czeka mnie jakiś twardy wybór między uporczywym i mało atrakcyjnym (dla mnie i partnerek) powolnym doskonaleniem tego co ostatnio poznałem lub uporządkowałem, a kompromisem polegającym na łatwiejszym i doraźnie przyjemniejszym tańczeniu w „starym” stylu.  W wyniku tego w końcu odważyłem się na kilka tand. W sporym napięciu i zamieszaniu wewnętrznym, w sinusoidzie nastrojów. Szczęśliwie – korzystając z prawa „atrakcji wieczoru” – miałem bardzo doświadczone partnerki.

W sobotę i w niedzielę z mniejszym stresem – „jak mnie ocenią” ale z ogromnym trudem najzwyklejszego ruchu. Nagle okazało mi się, że większość koleżanek (nawet tych bardziej doświadczonych) „nie czeka” grzecznie na poprowadzenie kroku jak Argentynki tylko uprawia permanentną „samowolkę”, a te mniej doświadczone dodatkowo „przelatują krok”. Co z tym robić? Zwłaszcza, że rzecz nakłada się na moje bardzo niedoskonałe i nieugruntowane jeszcze nawyki. W tej sprawie dała mi wielkie wytchnienie jedna dama, z którą nieczęsto tańczę. Złapałem się w pewnym momencie na tym, że mogę postawić ją na którejkolwiek nodze, szybko skoczyć do bufetu napić się kawy, a gdy wrócę – bez pośpiechu – mam czas wykończyć boleo – całkiem jakbym był w Plaza Bohemia na przykład. Joanna twierdzi, że w Buenos faceci w reakcji na „samowolki” łapią w żelazne objęcie i bezwzględnie zmuszają „do posłuszeństwa” – stawiają gdzie zamierzają prowadzić i nie dają się ruszyć aż przyjdzie właściwy czas (najczęściej dotyczy to Europejek). Później przy stolikach słychać anglojęzyczne niezadowolone komentarze pań – „taki niby mistrz, a tak mocno prowadził mnie rekami i czasem nawet szarpał”.

Inny mój „lokalny” problem to gnące się powabnie i często we wszystkie strony kibici (nie chodzi tu o rozluźnione ramiona czy łopatki). Prowadzenie, którego chcę się nauczyć wymaga aby energia nadana przez moją ramę „jej” ramie przenosiła się od razu na nogi, a jest to możliwe jeśli po drodze – między ramą a nogami – NIEMA kilku dodatkowych łożysk kulowych i łożysk kulkowych. Odkrywam, że wiele koleżanek jest rozkosznie miękkich lub krętych w kręgosłupie tyle tylko, ze oznacza to jednocześnie – w pewnej konwencji –  „niesterowność”.  Jakie na to rozwiązanie? W Argentynie takie osoby najczęściej tańczą szeroko pojęte nuevo. Ale ja chcę „salon”, a prócz tego z wieloma z tych pań zwyczajnie lubię tańczyć. Tyle tylko, że jak to teraz robić?

Kolejny problem to ozdobniki. Ozdobniki często pakowane w sytuacji braku własnej równowagi, robione podczas kroku i paraliżujące jego prowadzenie, ozdobniki bez uważności na innych uczestników milongi i narażające prowadzącego jeśli nie na pojedynek od razu to na wstydliwe przepraszanie otoczenia.

Dodatkowo wczorajsza Milonga Rosyjska w Złotej Milondze cudowna w klimacie i fantastycznie przygotowana przez Kasię Z. była jednocześnie tangowym bezhołowiem. Benczmarkiem „sowieckiego zatracenia” i antywzorem   argentyńskiej milongi. Kochani, bliscy ludzie, wiele kapitalnych przebrań, porywające kawałki, a jednocześnie ruch jak „na samochodzikach” w wesołym miasteczku. Żadnego kierunku tańca, latające jak ostrze piły tarczowej nogi, wbijające się na ślepo piki obcasów, barki atakujące jak na meczach hokeja… .  I nawet jak już więcej wolnego miejsca ułatwiało robienie uników przed szarżującymi parami to jakaś taka całkiem nie tangowo-argentyńska, a słowiańsko-mazowiecka  rezygnacja już mnie dopadła i zjadła. Tym bardziej wdzięczny byłem tym koleżankom, które z wyrozumiałością znosiły moje trochę bezradne próby odnalezienia się w tańcu.

Na koniec zatańczyliśmy z Joasią – kisielując jak tylko potrafiliśmy – miedzy fotelem, stołem, krzesłami, telewizorem i przez wąski przedpokój i z powrotem (zupełnie jakby w Salon Canning) do świetnej muzyki Anibala Troilo…

Zamieszczając tu te smutnawe refleksje obawiam się oczywiście społecznych konsekwencji – ktoś weźmie do siebie i poczuje się dotknięty albo ktoś uzna, że mi odwaliło w Argentynie. Do tanga – jak wiadomo – trzeba dwojga. Chciałbym znaleźć lepszy wspólny język aby starać się tańczyć w sposób bliższy źródłom. Tym może bardziej, że w samym Buenos młodzi chcą tańczyć już niemal tylko nuevo, a klasyczne tango tańczą przede wszystkim „starcy”. I być może za 10 lat obcokrajowcy zafascynowani „tangiem argentyńskim” będą  głównym nośnikiem jego kultury.  

  „Penne z krewetkami na przyssawkach”. Wersja łopatologiczna dla mniej wprawnych kucharzy w ilości  na cztery średnio głodne osoby.

Najpierw należy przygotować sobie na wierzchu wszystkie narzędzia kuchenne:

1.      5-3 litrowy (nie mniejszy) garnek z przykrywką do gotowania makaronu (może też być zwykły + spory durszlak)

2.      2-1 litrowy rondel z przykrywką (lub garnek ze stali nierdzewnej lub z żeliwa) do zrobienia sosu

3.      mały rondelek lub patelenka do podsmażenia czosnku

4.      deseczka do krojenia (polecam z tworzywa lub szklane z powodów higienicznych)

5.      duża łyżka z dziurkami (ewentualnie zwykła duża łyżka)

6.      nóż (dowolnej wielkości oby ostry – ja do wszystkiego używam format „szefa kuchni”)

7.      wyciskarka do czosnku (jeśli nie ma, to można będzie go posiekać)

8.      coś do zgniecenia peperoncino (gumowe rękawiczki albo talerzyk i łyżeczka).

Teraz  produkty (wszystkie do kupienia w 15 minut w delikatesach np. Bomi lub w większości sklepów klasy Kaufland, Carefour itp.):

  1. woda (bez chloru i fenolu)
  2. dwie kostki rosołowe warzywne lub rybne
  3. sól (wystarczy łyżeczka do herbaty)
  4. oliwa z oliwy z pierwszego tłoczenia na zimno
  5. cztery ząbki czosnku (albo mniej jeśli ktoś nie jest entuzjastą)
  6. suszone lub świeże posiekane: ½ łyżeczki oregano i ½ łyżeczki bazylii (jeśli nie ma to można poratować się odpowiednio 1 łyżeczką natki pietruszki) + 4 łyżeczki grubiej pokrojonej zielonej pietruszki (do posypania na talerzu).
  7. 4-1 suszone peperoncino (od biedy mogą być chili, turecki pieprz itp.) – nie wolno dotykać tego gołymi dłońmi !
  8. dwie łyżeczki małych kaparków z zalewy
  9. 4-6 kawałków suszonych pomidorów z oliwy
  10. 8- małych ośmiorniczek (mogą być mrożone) – dobrze przepłukane zimną wodą
  11. 12-20 dużych krewetek (w żadnym wypadku NIE tzw. cocktailowych) bez łupinek (tylko z „ogonkami”). Krewetki mogą być świeże lub mrożone surowe albo mrożone gotowane (jeśli mają skorupki wówczas należy je obrać na surowo albo sparzyć wrzątkiem – ale nie gotować – i po sparzeniu obrać zostawiając ogonki).  Krewetki powinny być opłukane (żeby wymyć resztki skruszonych skorupek itp.).
  12. 1-2 łyżeczki octu z białego wina (ewentualnie jabłkowy lub po prostu ½ cytryny)
  13. makaron 500g – zdecydowanie włoski – 9-10 minutowy (ja używam penne dopia rigatura).

 Instrukcja przyrządzenia:

1.      nalać ¾ objętości wody do garnka na makaron, wrzucić 1 kostkę rosołową, wlać łyżkę oliwy (lub oleju z pomidorów), dodać płaską łyżeczkę soli. Przykryć zostawiając szczelinę dla ulatniania się pary, postawić na duży ogień.

2.      Czekając na zagotowanie się wody w garnku – Nakryć do stołu. Opłukać ośmiorniczki i każdą przeciąć na pół (cztery nogi z prawej i cztery z lewej – mniej więcej). Opłukać krewetki, wyciągnąć z oliwy (widelcem) na deseczkę suszone pomidory i każdy przytrzymując widelcem przeciąć wzdłuż na 4-6 pasków, obrać ząbki czosnku, rozgnieść peperoncino (1 na głowę to dawka dla lubiących zdecydowanie ostre jedzenie), otworzyć paczkę z makaronem. Teraz postaw na małym ogniu patelenkę lub rondelek na czosnek, po chwili (30-60 sek.) wlej około 1 łyżkę oliwy, a następnie wgnieć do niej czosnek (resztki wrzucając do garnka na makaron), posyp minimalną ilością soli (mała szczypta), mieszaj i gdy zobaczysz że wydziela małe bąbelki i intensywnie pachnie zdejmij z ognia, wrzuć do niego pocięte pomidory (obniżą temperaturę, a nie wolno go zrumienić), zamieszaj i przykryj (żeby zachować aromat).

3.      Gdy woda już zacznie wrzeć przygotuj się do sprawnej akcji. Jeśli czegoś nie zdążyłeś z powyższych punktów to zrób to teraz. Gdy wszystko jest gotowe wsyp ostrożnie makaron do wrzątku (na pełnym ogniu) od razu mieszając i zaraz przykryj zachowując szczelinę (aby nie kipiał). Jeszcze nie łap czasu.

4.      Postaw na średnim ogniu rondel na sos, po 30 sek. wlej trzy łyżki oliwy, wrzuć przekrojone ośmiorniczki, i nalej łyżeczkę octu lub wyciśnij cytrynę (nie tylko dla smaku ale też neutralizuje „morski” zapach w kuchni) i zamieszaj. KONIECZNIE zajrzyj do garnka z makaronem – powinien znowu zaczynać się gotować (jeśli nie to chwile odczekaj aż zacznie). Gdy makaron zaczyna się gotować:

       a.      Złap czas (zapisz, zapamiętaj, nastaw budzik itp.)

       b.      Zamieszaj

       c.      Zmniejsz ogień prawie do minimum (ale żeby był ruch w garnku) i znowu przykryj ze szparą

5.      Zobacz czy nie przypalasz ośmiorniczek (powinny się dusić a nie smażyć). 6-5 minut przed terminem makaronu (zależy czy krewetki mrożone czy nie) dołóż szybko, sprawnie do ośmiorniczek:

        a.      Krewetki

        b.      Całość polej oliwą z czosnkiem i pomidorami

        c.      Rozkrusz kostkę rosołową (NIE dodawaj soli nawet jeśli lubisz bardzo słono)

        d.      Dodaj kaparki.     

                 e. Posyp oregano i bazylią

         f.        Posyp równomiernie peperoncino (rozkrusz w rękawicach lub zmiażdż łyżeczką na talerzyku  i wysyp – NIE dotykaj gołymi dłońmi).

         g.      Wlej drugą łyżeczkę octu (lub dociśnij cytrynę). Zamieszaj i przykryj bez szparki.  Przykręć ogień.

6.      Zamieszaj makaron i sprawdź czas. Na 1,5-1 minutę przed terminem makaronu umieść durszlak w zlewie, wyłącz gaz pod makaronem i przelej makaron przez durszlak. Koniecznie polej go szybko po całości (ale nie bardzo intensywnie) zimną wodą.

7.      Zestaw garnek z sosem z ognia (nie wyłączaj ognia) i zamieszaj (możesz jeszcze dodać trochę oliwy jeśli lubisz jej wyrazisty smak). Jeśli lubisz psuć naturalne smaki solą to teraz możesz wreszcie dosolić sos i zamieszać.

8.      Postaw na przykręconym ogniu garnek po makaronie, wsyp do niego ugotowany zahartowany makaron i zalej go sosem z krewetkami i przyssawkami, trochę delikatnie zamieszaj i przykryj na 1 minutę (aby pasta przeszła zapachem).

9.      Po jednej minucie zakręć ogień pod potrawą i nakładaj tą łyżką z dziurkami – sprawiedliwie wyławiając odpowiednie ilości przyssawek i krewetek.

10. Na talerzu posyp zieloną pietruszką. 

Odradzam parmezan bo zabije smaki. 

janusz

Przepis na tangowy kisiel

Marzec 28, 2008

Podstawowy stan w tangu argentyńskim „salon”  to stan indywidualnej równowagi sprzyjający kontroli nad ruchem/krokiem. Dotyczy to zarówno otwartego jak i bliskiego trzymania (w takim samym stopniu). W Buenos milongi skupiające miłośników tanga klasycznego najczęściej są bardzo ale to naprawdę bardzo zatłoczone. Jednocześnie jest „nie do pomyślenia”  przepychanie się, potrącanie czy nawet delikatne dotknięcie między parami. Jeśli spowodujesz najdrobniejszą nawet kolizję otoczenie reaguje albo z niemym oburzeniem albo z wyraźną troską czy nie uległeś atakowi np. kolki nerkowej, omdleniu itp. (w tym kraju miłych ludzi najczęstsze domniemanie jest takie, że nie jesteś jednak cymbałem nie potrafiącym tańczyć czy agresywnym dupkiem). Dlatego też właśnie maksymalna kontrola nad każdym ruchem jest nie tylko wyrazem tradycyjnej kultury ale praktyczną koniecznością. Robisz krok, twoja partnerka z zamkniętymi oczami wsparta na twoim ramieniu przeżywa ekstazę, a ty z miną rozdartego emocjami macho i paniką w sercu szukasz – w tej puszce sardynek jaką jest parkiet – miejsca do postawienia kolejnego kroku jej nogą i własną. A przecież gdzieś jeszcze w przestrzeni trzeba pomieścić Jej apetyczne pośladki, uda i ogarnięte twoimi ramionami inne wspaniałości… .  Dlatego prócz równowagi Argentyńczycy wymyślili „kisielowanie” (choć być może wielu z nich nie zdaje sobie sprawy zarówno z tego faktu jak i jego doniosłości). Wczoraj, na mojej pierwszej – po powrocie z wakacji – warszawskiej milondze kilka osób pytało mnie oco mi chodzi z tym kisielowaniem. Postaram się wyjaśnić. Zacznę może od samego kisielu jako „kulinarium”. Opiszę na podstawie stołówkowych wspomnień z dzieciństwa kiedy to kisielu nie znosiłem i zdegustowany przelewałem go z pewną niechęcią z kubeczka na talerz albo do innego kubeczka i z powrotem. Kisiel  stołówkowy dość wolno i płynnie się lał jednym kleistym „ciekiem” (słowo „strumyczek” byłoby tu zbyt dynamiczne), a od czasu do czasu – pluuum! – z zaskakującym przyspieszeniem wylatywał „glut” i kisiel powracał do kleistego ciekniecia. Tangowe kisielowanie to właśnie taki nieco kleisty „stan zmienny” ciągłego, raczej powolnego (nabrzmiałego od emocji) nieprzerwanego ruchu tańczącej pary (absolutnie niezbędna równowaga własna obu partnerów) z nieoczekiwanymi – pluuum! – przyspieszeniami (bo właśnie zobaczyłeś mikroprzestrzeń do postawienia nogi i zmieszczenia prowadzonych apetyczności). Po „plum!” nie ma żadnej przerwy tylko dalszy ciąg kleistego wycieku ruchu. Załączam tu przykładowe adresy na YouTube jako ilustrację kisielowania w pokazie – a więc z nieograniczona przestrzenią. Podczas milong rzecz jest oczywiście daleko bardziej zwarta i oszczędna:

- Fernando i Vilmy http://www.youtube.com/watch?v=7oc1x6iNiMI

- innych naszych nauczycieli – Fabiana i Virginii: http://www.youtube.com/watch?v=S3GAh0jvxyw . 

Teraz moje notatki „techniczne” (wiele z nich mogłoby powstać w Rajgrodzie albo w Złotej Milondze – nie jest to „wiedza tajemna”. Powstały jednak w Bs. As.). 

  1. STANIE / CHODZENIE
    1. Głowa nieco wyciągnięta na szyi (jakby „podwieszona” na drucie czy lince)
    2. Ramiona (barki) wyraźnie wyprostowane (nie zgarbione) ale maksymalnie „swobodne”, puszczone w dół
    3. Klatka piersiowa i splot słoneczny nieco podciągnięte do góry i wyprowadzone do przodu
    4. Przepona, mięśnie brzucha podciągające brzuch do góry i miednicę nieco do przodu (tak żeby nie było zwieszonego brzucha w dół do przodu i żeby nie było nadmiernego wygięcia pupy do tyłu i nadmiernego zapadnięcia kręgosłupa lędźwiowego)
    5. Noga bazowa
  •  i.      Obciążona wyraźnie (choć niekoniecznie zawsze w 100% ale zawsze kiedy to możliwe właśnie w 100%)                                                           
  •  ii.      Oparta na „wyprostowanym” biodrze („zrelaksowanie” stawu biodrowego nogi bazowej jest równoznaczne z jej zablokowaniem, zablokowaniem możliwości ruchu, utratą stabilności). „Wyprostowane” biodro to biodro „ściągnięte do dołu”.                                                         
  •  iii.      Odblokowane kolano (ale bez widocznego ugięcia nogi).                                                          
  •  iv.      Pełna stopa na podłożu z rozłożeniem ciężaru 60% na śródstopiu / 40% na obcasie. Uwaga! Większość dobrych partnerek w BsAs staje na obcasach i chodzi na obcasach, a nie w „baletowym” ustawieniu na palcach (uważają to za niewygodne i niestabilne). Są natomiast niezwykle gotowe i  wrażliwe aby  elegancko odrywać obcasy dla piwotu, ozdobnika, wykończenia kroku itp.                                                             
  •  v.      Ciężar nieco w większym stopniu na wewnętrznej części śródstopia (absolutnie unikać utrzymywania ciężaru na „przedłużeniu małego palca”) i też prowadzenie oraz opieranie stopy właśnie wewnętrzną krawędzią.                                                           
  • vi.      Palce stopy maksymalnie „rozczapierzone”  i „wyciągnięte do przodu” co zwiększa stabilność (w żadnym wypadku nie podkurczone)

d. Noga wolna / swobodna

  •    i.      Nigdy nie jest zrelaksowana czy rozluźniona („zrelaksowana może być we śnie lub w trumnie” jak mawiają w Bs As) ani napięta czy zablokowana, a zawsze jest swobodna i gotowa do ruchu, lub wykonuje ruch nieobciążony (np. krok, boleo, ozdobnik…)                                                           
  • ii.      Kolano i stopa w znaczącym stopniu  bez napięcia – prowadzone lub trzymane w gotowości ale swobodnie                                                         
  • iii.      Stopa raczej równolegle do kierunku ruchu lub nieco na zewnątrz sylwetki. Absolutnie unikać skręcania stopy ku osi sylwetki (nieliczne wyjątki to rzadkie ozdobniki).

 g. Ręka prowadząca / przyjmująca

  •  i.      Dłonie pozostają w lekkim ale wyraźnym uścisku, na wysokości ucha prowadzącego lub między uchem prowadzącego, a uchem partnera                                                           
  •  ii.      Łokcie wyraźnie w dół i delikatnie z przodu ciała (w bliskim trzymaniu) lub bardziej wyraźnie z przodu w dalekim trzymaniu – ważne aby w obrotach czy „zygzakach” nie uciekać z ręką, a zwłaszcza nie uciekać w tył poza linię piersi (utrata stabilności i komunikacji miedzy partnerami)                                                         
  • iii.      Wyraźnie „sprężynuje” w ruchu – nigdy nie jest napięta czy zablokowana ani „sflaczała”. Partner Prowadzony również utrzymuje sprężynowanie (żadnego sflaczenia) i wykorzystuje rękę prowadzącą Prowadzącego jako wsparcie w ruchu  (ale bez wieszania się czy napierania lub ciągnięcia bo przecież utrzymuje generalnie własną stabilność). Uwaga! Mimo sprężynowania ręki barki (ramiona) są opuszczone swobodnie w dół.                                                          
  • iv.      Ręka prowadząca prowadzi w pełnej „systemowej komunikacji” z Partnerem Prowadzonym i ciałem Prowadzącego (nie boimy się używać rąk do prowadzenia ale nie ciągniemy nimi i nie pchamy „samoistnie” a w koordynacji z ruchem reszty sylwetki)

 h. Ręka obejmująca

  •    i.      Ręka obejmująca Prowadzącego obejmuje Partnera tuż poniżej / na granicy łopatek (łopatki powinny mieć swobodę ruchu). Uwaga! Na YouTube można zobaczyć Starych Tangueros nie stosujących się do tej zasady. Im wolno „wszystko”, a więc i podszczypywać i ślinić się i trzymać Partnerkę  „za kark”.  W trzymaniu bliskim dłoń obejmująca może sięgać aż do przeciwległej, prawej  pachy partnera wyraźnie obejmując plecy ale bez blokowania ich ruchu. W trzymaniu w dystansie dłoń Prowadzącego opiera się o owal pleców Partnera Prowadzonego na granicy boku tuż pod lewą łopatką.                                                           
  • ii.      Ręka obejmująca Partnera Prowadzonego w zależności od proporcji wzrostu partnerów, upodobań, ekspresji bliskości itp. może być położona dłonią w rozmaitych miejscach karku, pleców, ramienia (nie barku) Prowadzącego ale zawsze tak aby: (1)  nie blokować swobody ruchu stawu prawego ramienia (barku) Prowadzącego (2) dłoń całą powierzchnią wewnętrzną stykała się z ciałem Prowadzącego (daje to lepszy kontakt komunikacyjny, oparcie w ewolucjach – stabilność). Uwaga! Dłonie odwrócone, opierane krawędzią, dotykające jednym palcem ze sterczącymi innymi palcami itp. są uważane za niepraktyczne i nieeleganckie, a może i pretensjonalne.
  1. KROK
    1. Istnieją wyłącznie kroki do przodu, do tyłu, na boki i piwoty. Istnieją jeszcze ozdobniki, które nie są właściwie krokami bo nie są wykonywane ruchem nogi bazowej, a jedynie ruchem  nogi swobodnej. Wszelkie inne „kroki” (skośne, obłe itd.) należy traktować jako kroki nieumiejętne lub ostatecznie  awaryjne w sytuacji „ratowania Partnerki” w tłoku na milondze.
    2. Krok (w każdą stronę) jest wyprowadzany zawsze z góry ciała. Nogi mogą ruszyć do kroku wyłącznie za górą ciała. Nigdy – najpierw ruch nogą do kroku, a później ruch górą ciała (tak można zrobić jedynie własny ozdobnik). Dotyczy to zarówno prowadzącego jak i partnera prowadzonego.
    3. Z odrobina przesady (ale niewielką) męski krok można opisać w sposób następujący (damskiego nie jestem pewien):
  •   i.      Ustanawiasz nogę bazową i stajesz na niej jak opisano wyżej (noga swobodna może dotykać podłoża np. wewnętrzną krawędzią stopy lub być leciutko oparta całością powierzchni). Ważne abyś stał na jednej nodze, na wyciągniętym biodrze (opuszczonym w kierunku ziemi),  nie zablokowanym kolanie, pełnej stopie bazowej (żadnego wspinania się na palce) z „rozczapierzonymi” palcami                                                            
  • ii.      Świadomie (oceniając sytuację przestrzenną, słysząc muzykę itd.) decydujesz w którą z trzech stron świata postawisz krok (czwarta strona jest zablokowana wyborem nogi bazowej). Uwaga! Opisuje tu własny krok podczas prowadzenia, a nie samo  prowadzenie.                                                          
  •  iii.      Zgodnie ze swoją decyzją, spokojnie, płynnie i zdecydowanie przenosisz górę ciała nieco przed granicę utraty równowagi nie ciągnąc ani nie popychając  jeszcze nogi swobodnej (zostawiając ją w gotowości do ruchu w poprzedniej pozycji – w ćwiczeniu najlepiej położoną pełną stopa na podłożu )                                                          
  • iv.      Następnie znowu zgodnie ze swoją wcześniejszą decyzją, spokojnie, płynnie i zdecydowanie przenosisz nogę swobodną do miejsca (nie dalej) gwarantującego ci, że jeśli uczynisz za chwilę tę nogę nogą bazową to aż do chwili obciążenia  jej w pełni nie będziesz musiał oderwać od podłoża aktualnej nogi bazowej, która wtedy będzie już swobodną. Jest to akcja nieco „w dół”. To bardzo ważne nie tylko dla elegancji ruchu ale też absolutnie przeciwdziała tendencji do kroków z tendencją „w górę” mających charakter „podskoków” a więc odrywających nas od podłoża i destabilizujących krok. Uwaga! Popularnym błędem jest jednoczesne jeszcze obciążanie nogi nie całkiem bazowej i już odrywanie od podłoża nogi nie całkiem swobodnej, a także przestawanie na obu nogach częściowo obciążonych.                                                            
  • v.      Kiedy masz już w pełni (lub co najmniej w 90%) przeniesiony ciężar na tę „nową” nogę bazową możesz oderwać od podłoża nogę swobodną (do niedawna bazową). Ale przecież możesz zrobić nią też ozdobnik prowadząc ją (jako nieobciążoną) wewnętrzną krawędzią stopy. Możesz też jej nie odrywać prowadząc partnerkę do obrotu i wrócić na nią w pełni bez kolejnego widocznego kroku (a tylko przenosząc kolejny raz na nią ciężar ciała jako na nogę bazową znowu).                                                           
  • vi.      Ważne jest aby podczas kroku nie wykonywać żadnych kołysań lub łuków biodrami na obciążonej nodze (blokuje ruch, zakłóca czytelną komunikację i wytrąca ze stabilności). Uwaga! Chyba jest to przyjęte w stylu tango nuevo ale nie tym się tu zajmuję.
  • vii. Ku mojemu zdziwieniu Fernando i Vilma uważają, że stopy nalezy prowadzić zdecydowanie równolegle, a nie w jednej linni (czy „krzyżowo”) jak uczy i tańczy wielu innych mistrzów. Jak zwykle w ich przypadku chodzi tu o większą stabilność i naturalność.
  • viii. W kroku stopy stawiane są swobodnie (męskie lekko człapiąco) - płasko od razu całą powierzchnią albo lekko z pięty (męskie, bo na temat damskich nie mam pewności). ”Z palców” robi się jedynie ozdobniki nieobciążoną stopą.
  1. PROWADZENIE
    1. Samo prowadzenie opiera się o wyraźną zasadę „ja ciebie prowadzę, a ty dajesz się prowadzić – cal po calu niczego nie zakładasz co się stanie ani nie wyprzedzasz domniemanej intencji”. Bardzo wyraźnie zakłada to, że nie ma „Prowadzącego” i „Podążającego” (odgadującego jakiego „podążania” oczekuje lider). Jest para, a w parze Prowadzący i Partner Prowadzony.
    2. Każdy ruch pary zaczyna się ruchem góry ciała (ramą) Prowadzącego, następnie ten ruch przenoszony jest na górę ciała (ramę) Partnera Prowadzonego, z ramy „spływa” na jego nogi i dopiero uruchamia nogi Prowadzącego – to kluczowa zasada prowadzenia F&V.
    3. Góra ciała „prowadząca” i „prowadzona” oznacza elastyczną „ramę”, system  składający się z torsu (ze słynnym „centrum” gdzieś w splocie słonecznym lub między splotem, a pępkiem w zależności od proporcji wzrostu), z ramion i z dłoni.
    4. Tu nie prowadzi się samym torsem, ani absolutnie nie prowadzi się barkami (prowadzenie barkami prowadzi do utraty stabilności), które powinny pozostawać wyraźnie swobodne, a nawet rozluźnione i opuszczone w dół. Prowadzenie odbywa się całą ramą, a więc i sprężynującymi ramionami i dłońmi. Podkreślam, że wbrew nawykom wielu polskich tangueros Partner Prowadzony JEST  WYRAŹNIE  PROWADZONY, a nie „naśladuje” ruchy lidera.
    5. Zawsze dążyć do ciężaru na jednej nodze (bazowej).
    6. Zawsze zachowywać drugą nogę swobodną ale w gotowości do ruchu (Uwaga! istnieją nieliczne i bardzo, bardzo krótkie w czasie bo dynamiczne sytuacje obciążenia obu nóg ale nie czuję kompetencji żeby to omawiać).
    7. Ruch nogą swobodną Partnera Prowadzonego może być poprowadzony (i wtedy patrz wyżej o prowadzeniu do kroku lub figury) albo może być ozdobnikiem wynikającym z decyzji Partnera Prowadzonego. Nigdy jednym i drugim na raz!
    8. Ozdobnik Partnera Prowadzonego może być przez niego robiony wyłącznie w pozycji stabilnej (choćby bardzo krótkiej w czasie), a nigdy w czasie ruchu, który jest właśnie  prowadzony (przecież Partner Prowadzony nigdy nie wie do czego jest właśnie prowadzony więc nie ma wiedzy na jaki ozdobnik może sobie pozwolić podczas prowadzonego kroku czy ruchu).
    9. To samo co wyżej, dotyczy prowadzenia piwotów, boleo, sacad, volcad itp. Wszystkie te rzeczy są odseparowane od prowadzenia kroku. Czyli: krok, sacada, krok, piwot, volcada, krok, boleo, a nigdy: krok z sacadą, krok z volkadą, krok z piwotem itp.
    10. Podczas prowadzenia cały czas pamiętajmy o kisielowaniu. Tango może dziać się w miejscu ale nigdy w bezruchu. Droga tańczenia jednego utworu w takich miejscach jak Salon Canning to mniej więcej jedno okrążenie parkietu ale bez sekundy „zamarcia” w bezruchu.
    11. Doceniajmy „siłę” zmiany dynamiki poprzez zmiany szybkości, zmiany rytmu, zmiany kierunku.
  2. MUZYKALNOŚĆ I INTERPRETACJA
    1. Niezależnie od rozmaitych twierdzeń (pewnie słusznych), że każdy tańczy własne tango albo, że nie ma policji tangowej, to jednak istnieje naprawdę „kultura tanga argentyńskiego”. Argentyńczycy słuchają tang (w BsAs jest kilka rozgłośni podających 24/24 tanga) i niektórzy je tańczą. Słuchanie tanga jest prawdopodobnie bardziej rozpowszechnione niż samo jego tańczenie. Np. spotkaliśmy taksówkarzy jeżdżących tylko „przy tangu” ale na pytanie czy tańczą odpowiadali „Ja nie tańcze. Mój ojciec świetnie tańczył tango.”  Co z tego wynika? Moim zdaniem to, że tango argentyńskie nie służy do „stawiania kroków w rytmie tanga”. Tango argentyńskie służy do słuchania muzyki, przeżywania emocji pod wpływem muzyki, a dodatkowo tym, którzy je tańczą do wyrażania tych emocji w kisielowatym ruchu w zespoleniu w parze.
    2. Słuchaj, odczuwaj, interpretuj, wyrażaj. Wspólnie.

  (*) Wszystko co tu napisałem o „standardach tango salon”, o „kisielu” itp. jest jedynie moją osobistą interpretacją tego co widziałem i doświadczałem podczas naszych tangowych wakacji w Buenos. Interpretacją podglądanych stylów tańczenia znanych i nieznanych milongowych bywalców i mistrzów, ale przede wszystkim tego co wyniosłem z lekcji u Fernando Galera i Vilmy Vega.  W żadnym wypadku nie jest to przekaz przez nich jakkolwiek autoryzowany. Nie mam nawet „subiektywnej pewności”, że – gdyby ich o to spytać – zgodziliby się z większością tez płynących z moich notatek. Nie uzgadniałem też niczego z Joanną żeby zachować maksymalną „subiektywność” (choć mam nadzieję, że mogłaby podpisać się pod większością tego co napisałem nie chcę stwarzać tu wrażenia że to coś zobiektywizowanego). W dodatku oświadczam, że obecnie daleki jestem od opanowania powyższej wiedzy w praktyce mojego tańca, więc nie mogę nawet z autopsji -dla samego siebie – wykazać, że to wszystko ma sens. Zastrzeżenia te wypisuję aby uniknąć ewentualnych nieporozumień płynących ze zbyt poważnego traktowania moich osobistych notatek (ku mojemu zaskoczeniu ten blog jest na razie odwiedzany przez bardzo wiele osób, z których część interesuje się głównie wołowiną lub butami ale część poszukuje użytecznych informacji o tym jak tańczyć) . Sam staram się całkiem poważnie dążyć do wdrożenia płynących stąd wskazówek w moją tangową praktykę.  Co ilustruję poniżej.0803_robocze_bsas-631.jpg 

janusz 

sama w wielkim miescie

Marzec 27, 2008

Trafilam przed chwila do kafejki internetowej zajrzec takze do Was na chwile. Od wtorku blakam sie sama po boskim Buenos, czas poswiecajac …tangu, w tym butom do tanga dla drogich mi Pan z Warszawy, pakowaniu, przenosinom i innym trywialnym zajeciom. Dzis wynioslam sie z naszego mieszkania w Palermo i zamieszkalam w bezdusznym, co tu kryc, hotelu. Wszystko czyste, woda leci z kranow, obsluga mowi po angielsku, nuda po prostu. Wieczorem zaczynam prace i juz jej nie lubie. Wolalabym milonge jakas zaliczyc, zwlaszcza, ze wczoraj na zadna milonge w koncu nie dotarlam (planowalam La Bruja w El Beso), poddajac sie zmeczeniu wszelkiego rodzaju. Bylam za to na lekcji u Fernanda. Humoru mi nie poprawila.Ciagle wulatuje z orbity, przelatuje, spinam ramiona, sciagam ramiona, wyprzedzam ruch lidera, robie samowolne kroki po piwocie, blokuje biodra, nie trzymam mocno dloni partnera, wymachuje nogami na prawo i lewo, chichocze nerwowo, trace pion, zmieniam ulozenia ramion, znowu nerwowy chichot, itp. itd. Gdyby nie przedwczorajsza milonga w La Bohemia i ta w La Confiteria Ideal, o ktorej pisal juz Janusz, pewnie rzucilabym tango albo swe nieporadne cialo z balkonu. Wiem, ze Aregentynczycy sa mili i szarmanccy i trudno wierzyc we wszystko, co szepcza do ucha w tancu, ale uslyszalam naprawde wiele cieplych, karmiacych slow. Co wiecej, wydaje mi sie, ze nad doskonalosc techniczna, przedkladaja kontakt i zaangazowanie partnerki. Bywa, ze rozpieszczaja po prostu. W takich chwilach tylko moj dojrzaly dystans do siebie, pozwala mi nie stracic azymutu i nie popasc w stan gnusnego samozadowolenia.

Wizyta w CIF sprawila, ze z loskotem odzyskalam kontakt z rzeczywistoscia. Zakupy tam, to szkola przetrwania. Wybralam dwie pary butow, w tym dla Kasi Z.(1) i Eli G.(1) i jedna dla siebie. Wychodzilam ze sklepu zlana potem, mimo dobrze dzialajacej tam klimy. I chyba dlatego, po wieczornym pakowaniu zapragnelam tylko lozka.

I jeszcze jedno spostrzezenia natury ogolnej. Kobiety w Buenos Aires wkladaja bardzo wiele pracy i pieniedzy w walke z uplywajacym czasem. Nauczylam sie juz nawet rozpoznawac kobiety w wieku 50 do 60 wygladajace na nastolatki. Sa bardzo szczuple, po liftingu i korekcie nosa, ktory staje sie taki sam u wszystkich – maly, lekko zaokraglony, dziewczecy. Nosza male sukienki i duze dekolty i w jakims sensie sa piekne a w jakims straszne.

Teraz sobie pojde lapac ostatnie godziny wolnosci w BA. Juz tesknie za dzisiejszym dniem. Pa. Joanna

Ostatnie tango w Buenos Aires

Marzec 26, 2008

24 marca – poniedziałek wielkanocny.

Późno wstaliśmy czego od razu trochę żałujemy ale to przecież wakacje, więc bez gwałtu. Śniadanie jemy w domu. Płatki, jogurty, kawa. Trochę dziwnie jak na Święta. Przepiękny dzień. Słońce, delikatny wiaterek, temperatura około 22 st C. Chcemy jeszcze zobaczyć jakiś kawałek Buenos. Wojtek proponuje Ogrody Japońskie (Jardin Japones) w naszej dzielnicy. Bardzo przyjemny, leniwie-rodzinny świąteczny spacer.

0803_robocze_bsas-754.jpg

Jak zwykle w kontekście azjatyckich ogrodów kamienie, szemrzące strumyczki, jeziorka i potworowate karpie …

0803_robocze_bsas-759.jpg

Zdumiał mnie tu jeden obiekt – tzw. lorneta turystyczna. Sama jej obecność w niedużym założeniu parkowym już dość dziwna a dodatkowo została doprowadzona do kuriozum przez szczególne jej usytuowanie.

0803_robocze_bsas-763.jpg

Czas na lunch. Wojtek zapragnął abyśmy wybrali się do takiej lokalnej knajpki z zawsze zamkniętymi na klucz drzwiami. Niestety okazało się, że już jest nieczynna o tej porze (w Buenos większość nieturystycznych miejsc zamykają w środku dnia między 15 a 16 i otwierają ponownie około 19-20). Obiecaliśmy sobie (a właściwie Wojtkowi bo Joanna i ja tu już byliśmy przecież) że zjemy tu dzisiejszą – ostatnią wspólną w Buenos – kolację. W końcu wylądowaliśmy w jakimś przypadkowym miejscu z całkiem niezłymi empanadas (rodzaj pieczonego pierożka) i z niewiarygodnie drogim (jak na Argentynę) piwem (12 peso kufel).

Po lunchu rozstaliśmy się z naszym synem. Wojtek planował powylegiwać się w jakimś parku na trawie, a my spacerkiem udać się na jedną z popołudniowych milong. Popołudniowe milongi w Buenos mają wielki walor – sporo wolnego miejsca umożliwiającego tango z tylko umiarkowanym kisielem (czyli można trochę poszaleć). Są też mniej skodyfikowane, a więc łatwiej prosić itp. Postanowiliśmy wybrać miejsce jeszcze nam nie znane i padło na milongę El Firulete w Confiteria Ideal (Suipacha 384). Gdy przybyliśmy na miejsce trochę nas zatkało. Dotychczas kluby-milongi w których byliśmy przypominały albo osiedlowe domy kultury, albo zaadaptowane hale przemysłowe, albo spore mieszkanie przerobione na lokal taneczny. Tu zobaczyliśmy piękny stuletni budynek (1912 r.) wykończony marmurami i granitami z ogromną salą kolumnową na parterze i nieco mniejszą (chyba) salą kolumnową na piętrze.

0803_robocze_bsas-781.jpg

Parter to kawiarnia (a może restauracjo-kawiarnia), gdzie tego wieczora miały odbyć się pokazy tanga argentyńskiego. Na piętrze po prostu milonga.

0803_robocze_bsas-774.jpg

Sektory męskie i żeńskie chociaż czytelne (jak zwykle gości usadza gospodarz wg własnego widzimisię) to jakoś tak ułożone, że nie ma naprawdę fatalnych miejsc (choć rzecz jasna są lepsze i gorsze). Joanna dostała znowu najlepszą możliwą miejscówkę (to tak oczywiste jak nasze płatki z jogurtem na śniadanie). Przez kilka godzin tańczyła nie tylko wszystkie tandy ale wszystkie co do jednego utwory. Gdy chciałem mieć ją w parze musiałem dawać znaki już gdy schodziła do stolika na cortinę (tu i wszędzie gdzie byliśmy w Buenos wszyscy grzecznie opuszczają parkiet na czas cortiny i schodzą do swoich stolików). Milonga tego popołudnia w Confiteria Ideal w ogóle miała urzekający klimat. Piękne historyczne wnętrza, 70-80-cio letni żigolo jak z jakiś karykatur Lotreca, damy pamiętające – bez żadnej przesady – początki tego miejsca i pozostające w oczekiwaniu na zaproszenie do tanga, lampy dające koloryt oświetlenia naftowego, ponury kelner w białej marynarce i czarnej muszce, transowo tańczące pary… . Joanna poszła naprawdę w tango. Jak twierdziła nigdy jeszcze nie tańczyło się jej tak dobrze jak tego popołudnia, a zwłaszcza milongi (których z zasady nie tańczymy razem bo słabo się w nich czujemy). Trzeba przyznać, że absolutna większość Argentyńczyków przychodzących tu, do El Beso czy do Plaza Bohemia prowadzi bardzo dobrze lub znakomicie.

Ja miałem też swoją uciechę. Siedziałem przy jednym stoliku z niezwykłym męskim okazem od którego chłonąłem milongową praktykę. Macho-żigolo dla którego czas zatrzymał się chyba w latach 40. XX w. Postawny (tu oznacza to około 175 cm wzrostu), szeroki w barach, z wydatnym mięsisto-krogulczym nosem i wystającym podbródkiem, z którego zwieszały się kotary opalonej skóry, oko lekko przekrwione, czarne, generujące nieco omdlewające spojrzenie „spode łba”, włos niezbyt już gęsty, farbowany na niemal czarny kasztan, obficie brylantynowany, zaczesany w lśniący plerez schodzący głęboko na kark, pod nochalem cieniutki czarny wąsik pociągnięty niemal do połowy policzka (tylko lekko w skos w dół), z bokobrodami w kształcie damskiej nóżki z wyrazistą łydką (!) i z bucikiem trącającym swoim czubkiem na policzku koniec tychże wąsików. Tabakowa marynarka dwurzędowa z szeroką i długą klapą, rozpięta na trzy guziki biała koszula i fular jakby przemieszany z wylewającym się obfitym siwym kudłem, spodnie w pionowe pasy i kant jak brzytwa… . Całość mocno doświadczona życiem, intrygująca, zrelaksowana i pewna siebie. Każde stąpnięcie jak na przyssawkach. Każdy skręt ciała w zmiennej dynamice zwolnionej sprężyny. Objęcie jak w miłosnym uścisku z kadru niemego kina. Ikona klasycznego tanga argentyńskiego. Tego dnia nie miałem żadnych problemów z proszeniem Argentynek (no może troszkę trudno było wyhaczyć te młodsze „sztuki”). Szczególnie jedna partnerka była dla mnie jak brylant. Była w nieokreślonym wieku kogoś kto „jest tu od zawsze”. Być może jej mama urodziła ją gdzieś tu, obok, między tandami w czasie cortiny 50-60 lat temu. Jej prawe oko było praktycznie wciśnięte w głąb oczodołu od nieustannego od lat opierania się tą częścią twarzy o kolejnych milongueros. Tańczyła bosko. Odgadywała w ułamku sekundy każdą intencję mojego prowadzenia, a tam gdzie intencji mi zbrakło lub sprzeczne intencje się nieco przeplotły (przyznam, że mi się wciąż zdarza czasem) przejmowała na 2 sekundy prowadzenie „wstawiając nas” w jakąś dającą mi się dalej rozwinąć sytuację. Płynęła i pozwalała mi płynąć. Gdy raz zablokowałem nas miedzy jakimiś nadmiernie kisielującymi parami i wyszeptałem jej zduszone „sorry siniorita…” – wymruczała latynoskim altem coś jakby „no importante…” i jednym zdecydowanym i idealnie płynnym samowolnie narzuconym mi krokiem wydostała nas z opresji i powirowaliśmy dalej. Na koniec tandy – jakby z zadowoleniem – poklepała mnie lekko po pośladku mrucząc coś po hiszpańsku. Cudowny wieczór!

O ósmej udaliśmy się na kolację z Wojtkiem do Parrilla San Cayetano. Oczywiście nie można ot tak sobie wejść ale drzwi otwarto nam z klucza. Było niemal całkowicie pełno, więc posadzono nas na nieco trzeszczącej antresoli. Za plecami biegły grubaśne rury wentylacyjne, a nieco nad głowami wirowały mocno kolebiąc się – jakby chciały odlecieć – wielkie wiatraki mieszające powietrze. Przyznam, że dopóki nie wypiliśmy trochę „domowego” vino tinto nie miałem pewności czy tu jest całkiem bezpiecznie. Tym razem obsługiwał nas bystry, uroczy i wesoły Banderas. Joanna jak zwykle rybę (smaczna ale dość zwykła), wszyscy sałaty completa. My z Wojtkiem na przystawki zimne ozorki marynowane w balsamico i jelita z grilla z jakimś nadzieniem (chyba z krwi). Ozorki znakomite, a jelita … ciekawe przeżycie. Na drugie Wojtek wziął bife de lomo (polędwica). Re-we-la-cja! Ja wziąłem bife de chorizo (polędwicę krzyżową). Re-we-la-cja! Uznaliśmy z Wojtkiem, że tutejsze mięsa są lepiej robione niż w świetnej „Anastasji”. Jeśli jeszcze zauważyć, że tutejsze ceny są na poziomie 50% zwykłych restauracyjnych to jest to najlepsza mięsna knajpa jaką znaleźliśmy w Buenos. Niestety wysiadł im ekspress i nie mogliśmy wypić kawy.

Spacer do domu, pakowanie. Jutro o 11.00 trzeba wsiadać w taxi.

janusz

PS – ten zapis powstał na lotnisku w Madrycie w drodze do Warszawy.

Niedziela wielkanocna

Marzec 25, 2008

23 marca – niedziela.

O 10.00 wkraczają do nas z walizkami Aldona i Arnaud. Musieli zwolnić mieszkanie, a do wyjazdu na samolot mają jeszcze ze dwie godziny. No i przyjemnie wspólnie zjeść śniadanie wielkanocne. Dzielimy się jajkami i w miłym klimacie biesiadujemy i gadamy. Arnaud śmieje się, że Polacy serwują na śniadanie Francuzowi w Argentynie niemieckie rogaliki. Ano rzeczywiście tak jakoś kosmopolitycznie w tym Buenos.

0803_robocze_bsas-690.jpg

Wreszcie czas rozstania. Żal, mimo że zaraz będziemy się widzieć w Warszawie.

Z życzeniami dzwonimy do rodzin w Polsce. Skype jak zwykle bardzo ułatwia kontakty na odległość. Dostajemy też sms-y od Aldony, że jechali godzinę, taxi kosztowała tylko 60 peso, dodatkowo trzeba mieć po 18 $ amerykańskich od osoby opłat lotniskowych, foliowanie walizek po 30 peso od sztuki. Foliowanie – wyjaśniam jeśli ktoś nie wie o co chodzi – jest rodzajem pieczętowania bagażu. Trudniej go okraść ale też trudniej do niego dołożyć jakąś kontrabandę (Argentyna jest jedną z dróg „eksportu” latynoskiej koki więc takie obawy nie są bezpodstawne).

Decydujemy się na wycieczka do San Telmo. San Telmo to stara, niegdyś bogata dzielnica Buenos. W XIX wieku została opuszczona przez bogaczy z powodu panującej tam żółtej febry. Wówczas powstały (lub rozwinęły się dzielnice Palermo i Recoleta).

0803_robocze_bsas-694.jpg

San Telmo to kolejna typowa pułapka turystyczna. Decydujemy się na opisaną w jakimś przewodniku knajpkę bezmięsną. Ponieważ jest późno na lunch to jemy tam jakieś kanapki. Białe wino – zachwalane jako biodynamiczne – jest skwaśniałe i odsyłamy je (chyba po raz pierwszy w życiu). W zamian dostajemy zdecydowanie lepsze.

Jedziemy na popołudniową milongę w Plaza Bohemia. Joasia ma tylko niezłe miejsce w drugim szeregu i wciąż tańczy, a ja dość dobry róg, z którego nieźle widać pierwszą ligę Argentynek. Jest dość ciasno ale daje się tańczyć. Niestety moje typy (Asia twierdzi później, że zdecydowanie zbyt ambitne) znowu mnie ignorują. Ale tańczę z drugą ligą i wiem, że gdybym decydował się na turystki to mógłbym nie siadać. Obojgu nam wydaje się, że lekcje u Fernando i Vilmy jakoś procentują (choć nie umiemy nazwać dokładnie jak). W każdym razie odnajdujemy – po raz pierwszy na milongach w Buenos – jakąś większą przyjemność (a nie wyłącznie ekscytację nowością i trudnością). Żałujemy, że wcześniej nie chodziliśmy częściej na popołudniowe milongi.

Kolację jemy z Wojtkiem w domu.

janusz

Coraz bliżej końca wakacji

Marzec 25, 2008

22 marca – sobota

Śniadanie jemy w domu. Później – w zależności od domownika – czytanie, korespondencja, gadanie przez skype’a.

Wychodzimy na miasto i załatwiamy jakieś drobiazgi w „naszym” centrum handlowym – Alto Palermo przy stacji Bulnes. Widać że ci, którzy nie wyjechali z miasta i nie wylegują się w parkach w słońcu (!) właśnie w takich miejscach spędzają czas. Zgłodnieliśmy i decydujemy się zjeść „jakiegoś rogalika” na lunch w kawiarni Franceska (?) na pietrze tej galerii handlowej. Kolejny raz w kontekście gastronomii w Buenos jesteśmy pod wrażeniem. Czysto, profesjonalnie, krochmalone obrusy i świetne jedzenie w postaci wielkich świeżych sałatek z grzankami i kozim serem oraz z awokado i łososiem (mają spory wybór i innych rzeczy).

Wsiadamy w merto, a później w taxi i jedziemy do La Boca. To uboga dzielnica portowa położona nad deltą, której część kilkadziesiąt lat temu oddano do zagospodarowania bohemie artystycznej. W efekcie slumsy (oczywiście małą część dzielnicy) pomalowano na jaskrawe kolory, powstały modne kawiarenki i restauracyjki, na ścianach domów i kawałkach wolnej przestrzeni pojawiły się freski, płaskorzeźby i rzeźby.

0803_robocze_bsas-644.jpg

Dziś jest to jedna z wizytówek i pułapek turystycznych Buenos i nie sposób mieszkać w mieście kilka dni i nie zobaczyć La Boca.

0803_robocze_bsas-624.jpg

Od wody wiało chłodem, a temperatura tego dnia spadła do około 20 st. C. – brrrr… . Wzięliśmy taxi i z powrotem. Przy okazji mogliśmy zobaczyć, że prawdziwa, zamieszkała część La Boca nie ma w sobie nic magicznego.

0803_robocze_bsas-680.jpg

Wojtek, który w ostatnich dniach nie tracił czasu na tango i zwiedził większą część głównego kawałka miasta zabrał nas do Palermo Viejo (czyli „na starówkę” dzielnicy Palermo). Pełna życia i młodości dzielnica opanowana przez „klasę średnią” i turystów. Knajpki, przedziwne ni to sklepy, ni to bazarki, designerskie butiki. Trafiliśmy na sklep muzyczny mający nieco niszową ofertę i znowu kupiliśmy kilka płyt.

0803_robocze_bsas-684.jpg

Jak tylko A&A skończyli lekcje w DNI wróciliśmy do „naszej” części Palermo aby wspólnie pójść na pożegnalną kolację (następnego dnia A&A wsiadają w samolot). W pobliżu naszych mieszkań trafiliśmy na kolejne fajne jedzeniowe miejsce z autorską kuchnią. Oferta nie jest do końca równej jakości. Świetnie zrobione mięsa i sałatki. Risotta smaczne ale jakby „bez jaja”. Desery kompletnie zwalone. Na koniec okazuje się, że nie mamy jak zapłacić bo nam brak peso, oni nie przyjmują kart Visa (tylko American Express !). Stanęło na dolarach uzupełnionych resztkami peso.

0803_robocze_bsas-679.jpg

Na rano jesteśmy umówieni na wspólne śniadanie świąteczne przed odjazdem na lotnisko Aldony i Arnaud.

janusz


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.