Jesteśmy już w Buenos
Nie wiem jeszcze jakie będzie to pisanie. Nasi przyjaciele ze Złotej Milongi prosili nas o regularną korespondencję i wrażenia - stąd sam pomysł bloga.
W samolocie zacząłem czytać Dziennik Samuela Pepysa i urzekł mnie swoja “blogowatością” (co zresztą nic oryginalnego. Trochę może wstyd, że dopiero teraz go czytam).
Big pictrure: zamierzamy być w Buenos trochę ponad trzy tygodnie ze względu na tango. Nie mamy niczego twardo ustalonego. Postanowiliśmy znaleźć się spontanicznie. Trochę w oparciu o opowieści Teresy, Jacka i Agnieszki, a trochę w oparciu o informacje czerpane ze znakomitego edukacyjnie i literacko bloga Kasi i Mateusza. W połowie planowanego pobytu dojedzie Aldona z Arnaud i z naszym synem Wojtkiem (którego zaprosiliśmy żeby zobaczył kolejny kawałek świata i spędził z nami Święta). Po prawie dwóch tygodniach A&A wracają do Europy, a zaraz po Świętach ja odlatuję z Wojtkiem. Joasia jeszcze zostanie kilka dni z przyczyn zawodowych.
Jest teraz około pierwszej w nocy co oznacza 4 rano w Polsce. Na oko 20 stopni C ale miłe powietrze bez parnej zawiesiny, która zatykała nas popołudniu (wówczas było około 25-27 stopni).
Ostatnie 14 godzin zleciało nam na podstawowym zadomawianiu się. Na lotnisku czekał załatwiony wcześniej transport do wynajętego mieszkania w dzielnicy Palermo (35 km za 115 peso). Joasia niemal płynie gwarzyła po hiszpańsku z sympatycznym kierowcą w oparciu o kilkadziesiąt znanych słówek i rozmówki. Na miejscu czekali pośrednik i właściciel mieszkania (Angel ok. 60). Okazało się, że Angel jest żonaty z Polką z Poznania, zna kilkadziesiąt polskich słów (zaskakujące) i jest zachwycony mogąc je używać. Pośrednik mówi po angielsku (rzadkość). Obaj są bardzo mili (chyba reguła). Podpisujemy umowę płacąc zgodnie z ustaleniami z góry za miesiąc (w dolarach) i zostawiamy dużą kaucję. Joasia czuje się rozczarowana bo “apartament” wyglądał lepiej na zdjęciach w internecie, a do tego kilka rzeczy jest zdecydowanie nie tak jak było umówione (brak ekspresu do kawy a bez porannej kawy nie umiemy żyć, internet jeszcze nie działa, basen brudny nie do użytku, a całe mieszkanie wyraźnie nie jest sprzątnięte po naszych poprzednikach). Staramy się skupiać na jaśniejszej stronie pobytu, opierać o “dorosłe ego” i nie uruchamiać naszych trudnych charakterów.
Wreszcie nawet bez prysznica - aby nie skonać z głodu - siadamy o 15.40 w poleconej nam pobliskiej pizzerii. Jemy w tempie ekspresowym (o 16.00 zamykają) znakomite pizze: na przypieczonym kruchym spodzie z pleśniowym serem, oliwkami i cebula oraz z fantastyczną rucolą, parmezanem i oliwkami (nie jestem znawcą ale najlepsze w moim życiu) popijając karawką białego wina. Później kawa z rogalikiem (Asia wzięła czekoladowy mus - palce lizać). Po drodze małe delikatesy, w których rozpieszczali nas smakołykami na malutkich grzankach. Ostatecznie z myślą o kolacji wybraliśmy argentyński starzony ser w oliwie i ziołach, wędzonego łososia w plastrach i jakiś lekki, puszysty argentyński twarożek do niego, kawałek przyzwoitego włoskiego pecorino romano, a także odrobinkę jakiejś “spleśniałej” suszonej kiełbasy.
Po drodze wizyta w lokalnym Cerfurze (jakoś inaczej się pisze chyba) żeby kupić trochę chemii gospodarczej do odczyszczenia mieszkania, wino do kolacji i płatki śniadaniowe oraz jogurt na śniadanie. Wszystko kosztuje taniej lub duuużo taniej niż w Europie. Nie warto więc latać tu z mydłem, pastą do zębów czy czymkolwiek co i tak trzeba by kupić w Polsce, a wymaga dźwigania.
W domu zastaliśmy sprzątaczkę, która wreszcie trochę ogarnęła nasze mieszkanie (zwłaszcza zmieniła pościel!). Po jej wyjściu i tak musiałem “zdezynfekować” kluczowe powierzchnie bo wielu miejsc (jak blaty kuchenne i łazienki) nie tknęła i lepiej zrobić to samemu niż kłócić się z kolejną bezsprzecznie miłą osobą. Następnie udało się odpalić wireless i uzyskać zapewnienie, że zwrócą nam pieniądze jeśli kupimy na wyposażenie ekspres do kawy.
Prysznic. Pryyyyyszniiiic…
Umówiliśmy się na pierwsze lekcje indywidualne na czwartek i piątek i postanowiliśmy wybrać się jutro na jakieś grupowe (zakładając, że nasze dolne balony znowu staną się nogami - nie byliśmy w pozycji prawdziwie horyzontalnej od 45 godzin).
Kolację opędziliśmy butelką taniego argentyńskiego Syrach i tym lokalnym serem w oliwie i ziołach.
W innej notatce zrobię kilka uwag na temat samej podróży.
Czas spać.
Janusz
Tagi: Ameryka Południowa, Argentyna, Buenos Aires, jedzenie, milonga, pizza, syrach, tango, złota milonga
marzec 5, 2008 @ 12:55 pm
Cieszę się niezmiernie, że piszecie bloga. Bardzo miło się to czyta i fajnie wiedzieć co sie u Was na bieżąco dzieje. Mam nadzieję, że będziecie regularnie kontynuowali
Całuję mocno