Wstaliśmy około 9.30. Po przebudzeniu nasze mieszkanie wydało się bardziej przyjazne a po wczorajszym sprzątaniu zwyczajnie czyściejsze i oswojone.
Śniadanie – płatki z jogurtem. Jacek miał rację, że pakują do takich rzeczy żelatynę ale dało się zjeść. Brakowało tylko kawy.
Poczta itp i około 12 wyjście na miasto żeby zobaczyć okolicę, sklepy, zjeść lunch. Nasza dzielnica Palermo jest chyba bardzo fajna. Mamy piękny park, dużo rozmaitych kafejek, bistro, rozmaite sklep, ludzi z pieskami, dzieci – przyjazne, tętniące życiem miejsce.
Wypiliśmy kawę w Express The Coffe Store.
Podstawowe sposoby przygotowania w pięciu czy sześciu gatunkach kawy daje kilkadziesiąt możliwości znakomitego i dobrze podanego czarnego płynu. Dla lubiących “kopa” polecam podwójne Ethiopian Harrar. Do tego mały lokalny rogalik (a Asia lokalne ciastko z czekoladowego biszkoptu z gruba warstwą pianki z białek i sosami karmelowym i czekoladowym). Na miejscowe warunki drogo ale w Warszawie nie do zdobycia cztery wyborne kawy i dwa desery łącznie za 18 zł.
Po drodze kupiliśmy za grosze jakieś przewiewne ciuchy do siedzenia w domu (jest naprawdę dość gorąco i parno i z perspektywy zimowej Warszawy wzięliśmy za mało letnie ubrania) i kilka ścierek do kuchni bo brzydzę się używać te z wyposażenia mieszkania. Co chwila bez ostrzeżenia leje sie z góry dziwaczny letni prysznic (małe kropelki w intensywnych strugach) i bez ostrzeżenia przestaje lać.
Wizyta w małym centrum handlowym. Niby eleganckie (“Svarowski” i inne marki) ale w stanie lekkiego rozpadu. Takie zdaje się zresztą być Buenos. Dużo grzyba, slumsu, starego kolonialnego przepychu, marmurowo-stalowej nowoczesności z objawami wyraźnego zużycia, remonty, pozorowany przepych… Zaskakująco fajne w swoich pomysłach damskie markowe ciuchy po kilkadziesiąt (najwyżej stokilkadziesiąt) peso (1peso=0,75 zł). Asia mierzy kilka rzeczy ale nic nie kupujemy. Znajduję niechcący piękny i bardzo oryginalny pierścionek (jakieś kwarce i srebro ale super design), który wydaje mi się wymarzony dla Joanny na milongi. Jest za ciasny ale mają sprawdzić czy go mogą poszerzyć. Jeśli tak, to stanowczo go kupie mimo, że Joanna zazwyczaj nie nosi niczego na dłoniach i w ogóle mało używa biżu (mam jednak nadzieję, że w tym wypadku będzie inaczej). Zadziwiające bo znowu trafiamy na poloniki – klientka obok twierdzi że jej teściowa jest Polką (sama wygląda jak Holenderka lub Niemka) choć mąż jest Argentyńczykiem. I obsługa i poznana klientka bardzo, ujmująco miłe. Może to dlatego, że Joasia wszędzie “rozmawia” po argentyńsku ze słownikiem i rozmówkami w ręku i świetnie jej idzie.
Trafiliśmy na miejscową wersję EMPiK-u – YENNY. Mają dużo jazzu i tanga i trochę innych rzeczy. Wszystko dla nas tanie – 20-35 peso płyta… Młody sprzedawca zajmuje się nami z uwagą i serdecznością (nie zna angielskiego jak większość obsługi gdziekolwiek by pójść. Kupujemy 9 płyt tangowych i jedną jazzową.
Biegiem żeby znaleźć jakiś lunch bo już trzecia. Znowu jakieś włosko-argentyńskie jedzenie. Jemy lekko duszoną w zielonym pesto rybę (chyba pangę) z pieczonymi ćwiartkami ziemniaków (prawie bez dodatkowych ziół i soli ale smakowite jak trzeba). Butelka białego przyjemnego wina, kawa. Spacer do domu. Czujemy się jeszcze zmęczeni po podróży i decydujemy, że dziś nie idziemy na 19.30 na lekcję a od razu na milongę do El Beso (tam gdzie uczy Osky). Przesłuchujemy kupione płyty. Ta z jazzem jest słaba – jednak polski i skandynawski jazz rozpieszcza. Tangowe płyty są ciekawe lub rewelacyjne (ale za wcześnie na podsumowania).
Chyba potrzebna drzemka.
janusz


