Na Joasi lekcję pojechalismy taksówką za 15 peso (ale taxidriver chyba przewiózł nas trochę w koło). Trochę martwiliśmy się jak odnaleźć właściwy lokal. Pod podanym adresem znalazł się budynek szerokości mniej więcej 90 cm z drzwiami na całą jego szerokość. Dzwonek grożący porażeniem gdyby akurat padało.
Po kilku próbach ktoś otworzył. Schodami w górę i na piętrze rozszerzenie domu na jakieś dwa metry. Portier starzec jak z dickensowskiej powieści. Zdjęcia i plakaty na ścianach dwa przedmioty na nogach sugerujące że są czymś do siedzenia. Rozpadająca się szafka z marmurowym blatem a na niej termos i kilka szklanek, które straciły swoją przeźroczystość jakieś 28-35 lat temu. Mały dystrybutor wody (można domyślić się jego kształtu pod pajęczynami). Zdenerwowana młoda dizewczyna czekająca na Marcelo i żaląca się po angielsku, że pewnie jak zwykle o niej zapomniał jeśli umówił się z Joanną na tę samą godzinę. Joanna pociesza ją, że może to o Joannie zapomniał a o niej jednak pamieta (ale widzę, że żyły nabrzmiewają na skroniach Asi)… Czekamy (ale jeszcze jesteśmy przed czasem). Zastanawiam się gdzie może być lekcja. Czy na schodach czy w 1,5m2 kanciapy portiera? A może na dachu bo są wąskie drzwi ze śladami świetności (w XiX w.) prowadzące na coś w rodzaju tarasu-dachu.
Wreszcie dzwonek. Portier zrywa się aby wcisnąć guzik, który ma na ścianie poza zasięgiem zreumatyzowanego ramienia. Po trzech dzwonkach i 2 minutach wreszcie portierowi udaje się dotrzeć do przycisku. Ktoś wbiega żwawym krokiem po schodach. Joanna asertywnie rzuca się przez kute poręcze i podaje w dół rękę Marcelowi – “hola! Marcel! Me llamo Joana!” – który jest jeszcze pół pietra niżej. Tamta druga woli nie patrzeć odwrócona tyłem do schodów ale gdy słyszy głos Marcela “Hola! Joana!” z ulgą odwraca się uśmiechnięta – to nie JEJ Marcel. Lekcja odbywa się na jakimś poddaszu na które dotarli idąc po dachach. Podłoga to płyty z dykty…
Joanna ledwie żywa ale zachwycona swoją pierwszą lekcją wziętą u Marcelo Guiterrez zwanego El Chino (czyli Chińczyk). Link do informacji o nim http://www.pechelo.com/home_en.html . 150 peso. Nie będę opowiadać opowieści o jej opowieści – o szczegóły proszę do niej. Następna lekcja pojutrze.
Czas na lunch. Marcel wskazał nam lokal na rogu. Jak się nazywa? No to ten lokal na rogu… Nie ma jak przejść między stolikami pokrytymi ceratą przybitą do stołu gwoździami. Wszystko jakieś takie lepkie… Ja zamówiłem wołowinę i sałatę a Joasia “tortillę z czymś bez mięsa” i też sałatę. Do tego trochę białego miejscowego wina, które okazało się tutejszym odpowiednikiem “jabola” a podali je w blaszance (!) z bryłami lodu i maleńkim syfonem z wodą sodową . Przez okno sympatyczny duży pies starał się ukraść nam coś ze stołu (a właściwie mnie bo tortilli nie chciał wziąć nawet jak Asia ciepło do niego przemawiała). Tortilla okazała się omletem z wkrojonymi ziemniakami. Mięso – choć bardziej prymitywne od tego wczorajszego – było świetne.
Cała okolica strasznie brudna. Co jakiś czas ośrodki pomocy Caritas lub garkuchnie dla ubogich itp
Postanowiliśmy udać się do centrum zobaczyć słynne zagłębie tangowych butów i ciuchów. Taxi do stacji metra C. Gardel.
Po drodze wpadliśmy gdzieś na kawę i zrobilismy z rozmaitych karteczek , sms-ów, notateczek listę zamówień naszych przyjaciół i kolegów. Wyszło na to, że trzeba zacząć od pantalones dla mnie i Rysia bo może jakieś przeróbki albo wprost szycie od zera. Zablokował nas deszcz więc poszliśmy do butiku tangowego w pobliskim Hotel Plaza (Corientez 3190) z sukienkami (www.mimipinzon.com.ar ) i butami (www.madreselvazapatos.com.ar). Obsługa okropna ale sukienki i buty świetne (później okazało się, że ładniejsze i solidniejsze niż w znanych miejscach a w takich samych cenach więc będzie powrót).
Przestało lać ale zrobiło się późno na wycieczkę po spodnie więc przeszliśmy się Anchorena (rosnące numery). Zaraz jakiś nieznany sklep z tango shoes ale odpuściliśmy.
Sto metrów dalej sklepy pamiatkarskie wokół tanga. Odpuściliśmy. Zaraz dalej (Anchorena 575) Tango Escuela Carlos Copello – opisywana na blogu Mateusza i Kasi (http://caminitopl.wordpress.com/) świetna szkoła tanga i tańców ludowych (www.carloscopello.com) – nie robią milong. W zależności od wielkości pakietu 150-200 peso za lekcję dla pary. Zaraz dalej sklep “tango-8″ i na drugim rogu sklep “Lolo Gerard” (www.lologerard.com).
W “tango-8″ kamienne twarze obsługi, pogonili mnie za fotografowanie, a Asi wyłożyli trzy pary butów tak brzydkich, że chyba specjalnie trzymają je dla niechcianych klientów. Długo nie działały żadne zabiegi żeby sprowokować obsługę do pomocy. A jednak po półtorej godzinie n i e r o b i e n i a awantury Joanna została zasypana 30-40 parami butów w rozmaitych fasonach i kolorach. Teraz była bliska płaczu – które wybrać? a może żadnych nie kupować? ale te piękne tylko spadają! ale te wygodne ale takie jakieś nieee… Wreszcie wybór padł na … sami zobaczycie może na jakiejś milondze.
“Lolo Gerard” był już zamknięty od 40 minut ale wpuścili nas. Te buty wszyscy tańczący tango znają z katalogów internetowych. Obsługa dużo milsza, bardziej pomocna. W pietnaście minut kupiona druga para tego popołudnia.
W obu przypadkach buty dużo tańsze niż w sprzedaży wysyłkowej.
Okazało się że mokra i gorąca aura spowodowały, że Joanna ma obtarte nogi od noszonych sandałów. Weszliśmy jeszcze do tego wielkiego domu towarowego przy metrze (nie pamiętam nazwy) . Wyjątkowo udana adaptacja jakiejś starej hali targowej. Piękna architektura, dużo wolnej przestrzeni, nowoczesny wysokojakościowy design. Kupiliśmy z pewnym trudem jakieś zwykłe sportowe buty żeby ratować Asine stopy. Przy okazji okazało się, że są tam markowe sklepy z naprawdę niskimi cenami i między innymi firmowy Dior z cenami niższymi niż męskie ubrania w standardzie polskiego Royal Collection. Muszę tam wrócić (chociaż Dior ma zawsze za małe dla mnie numery).
Powrót do nas z tą znakomitą pizzą po drodze i zmiana planów. Mieliśmy iść wieczorem do Villa Malcolm na practico-milonge ale z powodu bąbli na nogach i ogólnego wyczerpania rezygnujemy (chyba wciąż trudno nam się zaaklimatyzować).
W domu wypijamy hektolitry wody i gotujemy się przy otwartych oknach balkonowych. Oglądamy zdjęcia z ostatnich dni (nie wiem jeszcze jak je zamieszczać w blogu). Czytamy bloga Mateusza i Kasi. Słuchamy trochę modnej tu płyty “Soledad Villamil. Canta”. Zaraz do łóżek ale jeszcze przedtem dziennik Pepysa.
janusz
Tagi: "El Chino", Argentyna, Buenos Aires, buty do tanga, lekcja tanga, Marcelo Guiterrez, tango, tango argentyńskie, tango shoe









marzec 7, 2008 o 11:24 am |
Im więcej czytam tym bardziej już nie mogę się doczekać aż do was dojade:) Coraz bardziej chcę zanurzyć się w tym mieście i chociaż trochę je poznać. I chociaż jak na razie cała wasza relacja kręci się wokół tanga (co jest dosyć zrozumiałe) to mam nadzieję, że będzie też okazja żeby poznać trochę innych aspektów Buenos.
P.S.
Właśnie siedzę na kanapie w Wesołowie i patrzę na rozświetlone pola pod ciężkimi chmurami…
Bocianów jeszcze nie ma.