Na śniadanie płatki, jogurt, kawa.
Później Joasia pojechała na tortury do El Chino. Ja w tym czasie załatwiałem pocztę, pisałem bloga, trochę ogarnąłem różne rzeczy w mieszkaniu, czytałem i słuchałem naszej ulubionej lokalnej stacji w której 24/24 puszczają tanga albo ładnie brzmiącym hiszpańskim opowiadają o tangu (92,7 FM). Gdy wróciła szczęśliwie zmaltretowana i chwilę odpoczęła wyszliśmy na lunch i połazić po Palermo. Wybór padł na “Nemo” – tę wybitną restauracyjkę specjalizującą się w rybach.
Wybraliśmy z grilla – ja – “typową tutejszą rybę rzeczną”, a Asia – “rybę morską ale nie łososia”, sałatę z pieczarkami i małymi pomidorkami (koktailowymi), butelkę białego wina z lodu, dużo wody. Na koniec kawa. Ryby znakomite w formie filetowanej – idealnie świeże o delikatnie rybim smaku bez przypraw i tylko lekko słonawe, na złoto przypieczone, soczyste. Ta morska minimalnie “gumowata” (gdzieś ją już jadłem na świecie) ale nie tak jak miecznik czy rekin, z własnym przyjemnym lekko mięsnym smakiem (podobnie jak świeży tuńczyk ale nie był to tuńczyk). Ta moja z “rio” delikatna (trochę jak halibut), podana ze skórą o drobniutkiej łusce i celowo niedopieczona tak, że w samym środku płata była zachowana substancja o czerwono-brunatnej barwie wzdłuż jakiejś pręgi (może gruby nerw?) całkiem surowa ale jednocześnie rozpływająca się w ustach. Między białym mięsem, a skórą milimetrowa warstwa tłuszczowej, przyjemnej w smaku galaretki. Ta sama galaretka tylko nieco bardziej sztywna w konsystencji na obrzeżu fileta. Sałatę doprawiliśmy balsamico i oliwą (moim zdaniem słabszą niż włoskie czy greckie). Pieczarki w sałacie pokrojone na półprzeźroczyste plasterki nadawały jej relatywnie silnego smaku w kontekście delikatnej ryby. Wino to co poprzednio – bardzo przyjemne. Espresso niestety bardziej jak mocna kawa i tyle ale świat jak wiadomo idealny być nie może.
Po lunchu spacer po okolicy. Najpierw apteka żeby kupić lekarstwa dla Joasi (jest podziębiona). Później po ulicach, po kilku lokalnych butikach. Jakaś tania bluzka, jakaś tania spódnica (kilkadziesiąt peset). Drobne zakupy w delikatesach – suszone pomidory z oliwy, marynowane oliwki z ziołami, ser, kawałek pieczywa. Przyjemna pogoda. Nie cieplej niż 20-22 stopnie, delikatny “chłodny” wiaterek, słońce (aby cię nie zabiło wystarczy wędrować cieniem i patrzeć na piękne plamy światła).
Zwraca uwagę niemal obsesyjna “ochrona mienia” powszechna w Buenos. Do większości sklepów z wejściem z ulicy sprzedawcy wpuszczają widząc cię przez szybę i wciskając guzik magnetycznego zamka. W aptece każde opakowanie w zasięgu rąk klientów specjalnie ofoliowane tak aby ktoś się nie poczęstował lekarstwem zostawiając jego resztę na półce. Towar (tzn np. aspirynę) wydają, ci w zapieczętowanej specjalnym klipsem od alarmu teczce abyć poszedł z nim kilka metrów do kasy i zapłacił (dopiero wtedy uwalniają aspirynę z teczki). W wielu sklepach agent ochrony w drzwiach. W każdym domu, który nie jest slumsem (lub blisko tej jakości) portiernia z ochroną. Nawet ciut droższe wina na półkach z “klipsami” od alarmu. Każdy banknot sprawdzają na sto sposobów czy nie jest fałszywy, a jeśli ma uszkodzenia najczęściej go nie przyjmują (problem bo ich banknoty niemal rozłażą się przy dotknięciu). Jednocześnie nie widzieliśmy ani jednej sytuacji naruszenia prawa czy chociażby nieprzyjemnej społecznie (wyłączając ubogich ludzi przegrzebujących śmietniki i z rzadka żebrzących dzieci).
Do domu i czytanie, słuchanie radio-tango, później drzemka i prysznic przed zajęciami. Taxi i za kwadrans (i 8 peso) jesteśmy w Escuela Carlos Copella na grupowych trzygodzinnych zajęciach Fabiana i Virginii. Pierwsze półtorej godziny w dwu oddzielnych salach – Fabian uczy hombres, a Virginia chicitas. To grupa dla średnio i wyżej zaawansowanych. Na oko wśród 20 facetów jestem 3-5 ale od końca. Pierwsza godzina to chodzenie bo większość z nas nie umie chodzić, a zwłaszcza w zmiennym rytmie. Niestety w Złotej Milondze (i chyba w ogóle w Polsce) nie uczymy sie chodzenia w wystarczającym stopniu co utrudnia lub wprost uniemożliwia wiele technik, no i pozbawia nasze ruchy znacznej części potencjalnego wdzięku. Moje ścięgna, mięśnie, przyczepy i stawy trzeszczą i boję się myśleć co będzie jutro rano po przebudzeniu. Jak już byłem gotów się rozpłakać z bólu i wściekłości przeszliśmy do uczenia się jakiejś sekwencji w dalekim trzymaniu do której to chodzenie było niezbędne (przez mgłę pamiętam, że kiedyś tę sekwencję poznaliśmy w naszej grupie ale nikt z nas tego nie tańczy – pewnie z powodu braków w chodzeniu). Na tym etapie dziwiło mnie bardzo, że właściwie uczymy się kroków i “skrętów” zupełnie bez prowadzenia – najpierw indywidualnie z wyimaginowaną partnerką, a później z partnerem udającym partnerkę (tylko z amortyzującą ręką bez trzymania za plecy). Dziesiątki (a może ze dwie setki) powtórzeń aż ciało na pamięć wie co ma robić. Widać, że to ich kultura – łapią w lot, a młodzi faceci potrafią być szybcy jak mistrzowie kung-fu (niczego podobnego nie widziałem w Polsce). Ja ze swoim powolnym sposobem załapywania sekwencji kroków czułem się jak kompletny debil.
Krótka przerwa podczas, której inna para instruktorów pokazuje jakiś popowy taniec oparty na argentyńskim tańcu ludowym wywodzącym sie od emigrantów francuskich. Myslę, że jak się ma poniżej 25 to może być fajne do tańczenia. Później bez szans bo oboje tancerze wykonują bardzo intensywne ruchy koliste i wahadłowe obręczą biodrową, a dodatkowo ona gnie kręgosłup w kolistym ruchu w jakiś niewyobrażalny, nieco transowy sposób – trzeba być młodym i bardzo wysportowanym. Kto chce może się zapisać na zajęcia.
Po przerwie ćwiczenia z chicitas (które przez poprzednie półtorej godziny tez wykonywały swoją technikę i swoją rolę w nauczanej sekwencji). Ciągłe zmiany w parach (tym bardziej że ponad połowa osób przyszło samych). Dziesiątki powtórzeń, F&V chodzą i korygują i co 15 minut robią publicznie uwagi na temat kolejnych aspektów prowadzenia. Na koniec kwadrans tańczenia “dla przyjemności” z oczekiwaniem zastosowania wyuczonych kroków. Niby to robimy z Joanną ale wiemy, że odstajemy. Ja mam wątpliwości czy przyjść za tydzień ale Asia jest chyba zdeterminowana. Zobaczymy.
Jutro razem mamy Fernando, później Asia ma El Chino, a wieczorem idziemy na “practicę z asystą” w Villa Malcolm (Av Cordoba 5064) prowadzoną przez Fabiana i Virginię. Przed chwilą ledwie doszedłem do szklanki wody (byłem bliski przeczołgania się) bo moje nogi już się zasiedziały przed kompem i na wpół sparaliżowały mnie zakwasy. Nie wiem co będzie jutro.
Po lekcji zjedliśmy małą kolację w domu: oliwki, suszone pomidory, świeże pomidory, sery, odrobina kiełbasy (kiełbasę tylko ja).
Znowu bardzo późno. Myślę, że przed końcem tygodnia będę gotowy do opisania czegoś bliżej na temat tangowego kisielu.
Głośny cmok w lewy policzek.
Tagi: Ameryka Południowa, Argentyna, Buenos Aires, Escuela Carlos Copello, Fabian Peralta, jedzenie, lekcja tanga, milonga, Nemo, tango, taniec, Virginia Pandolfi, złota milonga



marzec 11, 2008 o 6:17 am |
Cześć Januszu,
Cudownie,że znowu piszesz tak rano! (wg naszego czasu oczywiście).
Teraz mogę spokojnie biec do szykowania Zuzi do szkoły a Stefka niestety do siedzenia w domu bo znowu kaszle.
My i Zimki zapisaliśmy się już na “kisiel” do Thierriego na weekend po Bożym Ciele w Gdańsku. Mają być trzy godziny techniki, tangovals i tango, może jakaś milonga? To będzie zależało od jego dziecka.
Buziaki
Ela
marzec 11, 2008 o 2:30 pm |
Elu, staram się dl aCiebie nawet zarywać noce.
Być może zatem i my też wybierzemy się do Thierriego. Ja z pewnością jestem zainteresowany czymś bardziej intensywnym z zakresu milongi – brakuje mi tego a tu chyba wolę tango de salon.
cmok
j
marzec 11, 2008 o 8:26 pm |
Kisiel, kisiel! Czekamy na precyzyjny opis, bo na razie mamy tylko mętne wyobrażenie.
Joasiu, czy mogłabyś uchylic rąbka tajemnicy, co ten Chińczyk z Tobą wyrabia, że mowa o torturach?
Pozdrawiam gorąco
Ania
marzec 14, 2008 o 3:16 pm |
Kochani,
zachwyca mnie pozycjonowanie Waszej strony w światowej wersji Googla: trafia się doniej od razu po wbiciu dwoch słow: “wołowina+milonga”. Potęga internetu i siła upowszechniania kultury.
P.
marzec 14, 2008 o 4:13 pm |
Pawle
rzeczywiście zdumiewające! Ale pocieszające, ze prawie tak samo wyskakuje gdy wbić Argentyna+milonga albo milonga+Buenos
janusz