Zachwyceni Fernando i Vilmą
Z zakwasami nie jest tak źle jak sądziłem ale nie łatwo się ruszać z wdziękiem. W samym “salonie” naszego mieszkania są cztery duże lustra - więc nie ma przebacz. Czy masz ochotę czy nie to i tak po szklankę wody chodzisz tangowym posuwistym krokiem, wracasz z nią robiąc piwoty i ładne hiro na dokładkę przed krzesłem, jeszcze na koniec, stajesz na jednej nodze i wysmażasz wymyślne ozdobniki aby wreszcie zasiąść do kompa … .
Dziś na śniadanie … kto zgadnie?
Później poczta, czytanie. Cały czas towarzyszy nam tangowe radio (chociaż wczoraj wieczorem mieliśmy dość tanga i był jazz z CD-ka).
Joasia poszła do łóżka ze swoim przeziębieniem, a po południu od 16.00 z małymi przerwami do co najmniej 22.00, a jeśli siły pozwolą to do 24.00 lekcje i practiki.
Pogoda fajna jak wczoraj czyli chłodek trochę ponad 20 stopni i wiaterek (tylko jak zwykle trzeba uważać na słońce). Argentyńczycy chodzili w swetrach, a w salach tanga nie otwierano okien i nie włączano wiatraków - zima. Jutro ma powrócić namiastka lata między 26 a 28 stopni i pewnie znowu wzrośnie wilgotność. Aaaaa !
Przyszła Pani sprzątająca i żeby nie zrobić afery poszedłem do Carefoura po jogurty, wodę itp (nie znoszę jej stylu rozmazywania wszystkich resztek równą warstwą po blatach i wzbudzania wirów z kurzu zmiotką z piór).
Trzeba było coś zjeść przed lekcjami więc postanowiliśmy skoczyć na kanapki do naszej ulubionej kawiarni. Asia ledwie wygrzebała się na czas i wyglądało, że może nie przetrwać dzisiejszego popołudnia na nogach. W Buenos ludzie są szalenie mili ale w ogóle się nie śpieszą. W Carefourze osoba z małym koszykiem zakupów załatwiana jest przy kasie nawet 15 minut. W pustej kawiarni czekaliśmy pół godziny na dwie kanapki i dwie kawy. W konsekwencji taksówkarz - miły pan w sile wieku - ubłagany przez Joasię, która mogłaby być jego wnuczką - bił rekordy prędkości i ilości zajechań drogi innym użytkownikom. W Buenos większość ulic jest jednokierunkowych i wiele ulic naprawdę szerokich na 5-8 pasów. Kierowcy honorują światła i kierunki ruchu ale całkowicie nie dostrzegają pasów ruchu ani pierwszeństwa przejazdu z prawej. Jeżdżą z dowolną prędkością slalomami z dokładnością do 5 -10 milimetrów mijając lusterka samochodów, kanty tirów, słupy latarń, pieszych. Niemal wszystkie samochody pochodzą z ubiegłego tysiąclecia, a wiele nawet z lat siedemdziesiątych i ze względu na fatalny stan dróg dawno straciły resory i amortyzatory. Sprawia to szczególne wrażenie bo mimo niezwykłej “dynamiki” nie widać w ich jeździe ani śladu agresji, rywalizacji, bezinteresownego chamstwa tak powszechnych w naszej kochanej ojczyźnie. Nie widać też rozbitych czy obtartych samochodów ani trupów na przejściach dla pieszych. Po prostu facet elastycznie wjeżdża 80 km /h w lukę między samochodami, a stojącą ciężarówką, skręca w prawo wierząc, że Siła Wyższa nie chce aby za rogiem stał samochód lub przechodziła matka z dzieckiem, lekko trąbi żeby ktokolwiek kogo to dotyczy wiedział o jego istnieniu, a następnie na 50 metrach przejeżdża między innymi samochodami slalomem 5 pasów w poprzek. Nie widać zdenerwowania na jego twarzy ani na twarzach facetów za kierownicą mijanych pojazdów, którzy przed momentem powinni zrobić błyskawiczny rachunek sumienia. Spóźniliśmy się 10 minut.
Fernando znowu był szalenie ciepły i wspierający ale profesjonalny i wymagający. Przez 50 minut lekcji indywidualnej robiliśmy trzy kroki w kółko pracując nad PROWADZENIEM i BYCIEM PROWADZONĄ. Trzy kroki w kółko (kobieta, mężczyzna, sacada, kobieta, mężczyzna, sacada, kobieta…). Przy okazji doznałem doświadczenia “granicznego” - poznałem niebywałą przyjemność bycia prowadzonym przez dobrego partnera. Fernando w 15 sekund wprowadził mnie niemal w prawdziwą ekstazę! Koledzy tangueros - polecam. Oboje jesteśmy nim oczarowani jako osobą i jako nauczycielem. Niestety wiele z wcześniejszego samozadowolenia odparowuje przy nim bo konfrontuje nas z błędami ale jednocześnie jest taki osobowościowo, że nie sposób obronić się myśląc sobie: “wstrętny dziad się czepia bo ma podły charakter!” W chwili rozdrażnienia chciałem uciec w mit, że tańczę w bliskim trzymaniu, a nie w dystansie na co ciepło powiedział “ja też tańczę w bliskim trzymaniu tylko uczę się i innych w dystansie bo to prowadzi do mniejszej ilości błędów”. Po prostu dociera, że po dwóch latach tańczenia nie umiesz z kimś zrobić należycie trzech kroków. Natomiast jak to poprawić jest proste. Wymaga tylko pracy, pracy, pracy (zwłaszcza żeby zmienić nawyki). Chciałbym podzielić się też kwestiami bardziej konkretnymi technicznymi (kisiel, stawanie, prowadzenie) ale nie wiem jeszcze jak to zrobić żeby nie stać się dętym “wirtualnym”, korespondencyjnym instruktorem (jakby nie było bez własnych kompetencji).
Po lekcji z Fernando taxi i do El Chino aby dalej dręczył Joasię. Ponieważ moje drugie śniadanie w “naszej” kawiarence składało się z małego rogalika z serem i szynką to kiedy ona była maltretowana ja udałem się do znanej nam już knajpki bez nazwy “na sąsiednim rogu” na argentyńską wołowinę. Danie składało się ze świeżych bułeczek, miski sałaty z pomidorami (można było wziąć frytki w zamian), wody lub wina do wyboru no i oczywiście z wołowiny “krzyżowej” na cały talerz - całość 15 peso. Wołowina była przewidywalnie smaczna i na tym zakończę jej opis. Przytrafiła mi się tu miła przygoda. Ta restauracyjka to właściwie taka trochę jadłodajnia. Układ stolików przypomina trochę układ ławek w szkole - podwójne ustawione krzesłami w jedną stronę i przyjęte jest siadać w dwie osoby (nawet jeśli są obce). Mnie przypadł niezbyt młody hombre, który wyraźnie męczył się tutaj od pewnego czasu nad wielkim płatem krwistej wołowiny. Argentyńczycy są towarzyscy i lubią rozmawiać. Zatem siedzieliśmy ramię przy ramieniu, a on próbował mi coś opowiedzieć bezzębnymi ustami. Nie interesował się jednak jak większość tubylców “skąd przybyłem” itp. Uznał zwyczajnie, że jak siedzimy przy jednym stole to zwykła kultura osobista nakazuje pogadać trochę. Starałem się na wszelkie sposoby wytłumaczyć mu, że nie rozumiem po hiszpańsku. Uważnie wysłuchał , a następnie bez skrępowania opowiedział mi po hiszpańsku długą historię. Zrozumiałem z niej, że dziś wołowina już nie ta - trudno ją gryźć, a wykałaczki do niczego się nie nadają, że sałata nie jest dobra, i w ogóle świat zmierza nie w TĘ stronę. W rewanżu ja też opowiedziałem mu - tylko, że po polsku - o naszych problemach z tangiem, o planowanym przyjeździe syna i kilku innych sprawach. Kiwał głową z dużym zrozumieniem i wyraźną przyjemnością z nawiązanego kontaktu. To przyjemne pogadać sobie przy stole z obcą osobą.
Zaraz potem poszliśmy na spacer w kierunku szkoły Fernando, gdzie chcieliśmy mieć wieczorem półtoragodzinną lekcję grupową z nim i z Vilmą. Po drodze skusiła nas kawiarnia o wiele obiecującej nazwie “ZEN”. Ja chciałem kawę, a Joasia dodatkowo “zdrowe” ciastko. Niestety Zen okazała się kompletnym kitem z plastikowymi sztućcami. Więc w innym miejscu znaleźliśmy jakąś pizzerię, gdzie zjedliśmy kilka włosko-argentyńskich pierogów na wczesną kolację (całkiem przyzwoite i szkoda, że u nas czegoś tak jakościowego nie sprzedają) oraz wypiliśmy po kieliszku białego wina.
Ponieważ nie udało nam się wykombinować jak dojechać metrem wsiedliśmy w taxi i znowu u Fernando. Grupa około 20 osób, na podobnym lub trochę słabszym od naszego poziomie. Kilku obcokrajowców (dwie Japonki, Słowaczka, para Francuzów, my). Poznaliśmy Vilmę - fajna kobieta niemal w średnim wieku. Z wyraźnym charakterem i wielką życzliwością. Najpierw chodzenie do przodu i do tyłu. Później dwa kroki do przodu, piwot 90 stopni w prawo, piwot 180 stopni w lewo, dwa kroki do przodu i analogicznie w tył. Później piwot wewnętrzny i sacada, piwot zewnętrzny i sacada, wyjście. Oczywiście temat jest jeden: jak prowadzić i być prowadzonym, a raczej jak być w konstruktywnym kontakcie. Proste rzeczy, a nie okazywaliśmy się mistrzami tylko szło nam nieźle i tyle. Wszyscy bardzo mili a zajęcia w uroczej, pełnej życzliwości atmosferze.
Zrobiła się 22.15 i wahanie czy jedziemy do domu po prysznic i przebranie się i dalej na practicę z asystą (Fabiana i Virginii), czy do domu odparować. Joanna dostała takiej energii po tych wszystkich zajęciach, że była gotowa practicować ale ja w trosce o jej zdrowie- rzecz jasna - postawiłem na swoim czyli na odpoczynku.
Wieczorna poczta, trochę czytania (przewodnik po Argentynie), blog, a teraz czas spać.
j
PS
skrytykowano mnie za literówki, ortografię i niedbałość składniową. Informuję zatem, że z “polaka” miałem zawsze tróję i się tego nie wstydzę. Czasem coś poprawię ale to Internet a nie periodyk literacki. Cmok.
Tagi: tango, milonga, Buenos Aires, Argentyna, tango argentyńskie, Marcelo Guiterrez, "El Chino", Fernando Galera, Vilma Vega, taniec, Villa Malcom, Fabian Peralta, Virginia Pandolfi, practica, Escuela Carlos Copella, Fernando Galera & Vilma Vega, Fernando&Vilma, lekcja tanga



marzec 13, 2008 @ 6:13 przed południem
Hej Januszu!
Jak wydasz swoje pamiętniki to to te wszystkie rzeczy z “P.S.” załatwi ci pan/pani korektor. U mnie w liceum, mój kolega Leszek pisał znakomite, genialne wprost, surrealistyczne opowiadania ( coś podobnego do Borisa Vian-a ) ale wypracowania z j. polskiego również w tym stylu, i co?
Nie zdał z polskiego oczywiście i poszedł do wieczorówki.
Buziaki
Ela
marzec 13, 2008 @ 8:50 przed południem
Ja tez bylam zachwycona Fernando i Vilmą. Cieszę się ze do nich trafiliście! Serdecznosci, Monika
marzec 13, 2008 @ 12:49 pm
I jeszcze, zachecona podaniem adresu blogu do publicznej wiadomosci na blogu Kasi i Mateusza, pozwolilam sobie dodac link do tej strony na BlauTango - w linkach i prawym menu.
Z niecierpliwoscia czekam na dalszy ciag.
Pozdrowienia
Monika
marzec 13, 2008 @ 3:50 pm
Janusz, jakże pięknego bloga piszesz! Popadłam w uzależnienie….
Wczorajsza przygoda w restauracji to, jak narazie, moja ulubiona historia z BA
no i to czego i jak się uczycie - budzi niezdrową zazdrość i tęsknotę (do bycia torturowanym? oj)
Mam nadzieję, że nie osłabniesz w kronikarskim zapale kiedy przyjedzie Wojtek!
Ucałowania-ania