Dzień lekcji, butów i oczekiwania na Wojtka z A&A
Czwartek 13 marca.
Na wstępie apel do naszych miłych blogowych gości: gorąco prosimy wszystkie osoby, które mają chęć nawiązać z nami nawet krótki “komentarzowy” kontakt, o podpisywanie się w jednoznacznie rozpoznawalny sposób. To miejsce to taki nasz pamiętnik z podróży, relacja z wakacji, czyli trochę domowa sprawa, chcielibyśmy więc móc Was rozpoznawać albo po prostu poznać. Dziękujemy.
Od rana jesteśmy podekscytowani bo około 7 rano odlecieli z Warszawy Wojtek z Aldoną i Arnaud. Londyn, Madryt, Buenos. Mają wylądować w nocy i spodziewamy się ich koło trzeciej. W związku z tym dziś nie idziemy na milongę.
Przed południem ostatni rytuał Joasi u El Chino (facet jutro ma obiecaną wizę i odlatuje uczyć na Islandię). Później o 13.00 spotykamy się na lekcji grupowej u Fernando i Vilmy. Dziś jest tłok - około 30 osób. Kroki. Kroki. Kroki do przodu do tyłu na boki. Później w parach (co dwa utwory zmienianych) prowadzenie piwot, piwot, sacada, krok, krok, piwot, piwot, sacada - aż do znudzenia ale jakoś nikomu się nie nudzi. Gdy mówię Fernando, że nasi nauczyciele wstydziliby się za nas (mając na myśli Jakuba i Luizę) ten spontanicznie mówi, że jak na dwuletnie zajęcia raz w tygodniu (i w dodatku w Europie) i trochę zajęć dodatkowych radzimy sobie świetnie i widzi, że mamy bardzo dobrych nauczycieli w Polsce. Tłumaczy też, że oni z Vilmą mają nieco inną koncepcję efektywności w tangu i uczenia tanga i odczuwane przeze mnie trudności nie są wynikiem jakiejś obiektywnej nieumiejętności tylko przestawiania z jednego “dobrego” stylu do drugiego “dobrego” stylu - takiego rozszerzania świadomości i umiejętności. Bardzo podnosi mnie to na duchu tym bardziej, że brzmi to przekonująco nie tylko w słowach ale i w emocjach. Emocje towarzyszą nie tylko mnie. Pewien nordycko wymuskany Niemiec z naszej grupy - w moich oczach świetnie tańczący - w którymś momencie padł na czworaki i popędził ku stopom Vilmy krzycząc niemal, że ona uczy stawiać stopy w określony sposób, a sama przed chwilą postawiła stopę inaczej. Chwycił jej but i zaczął wyliczać nieprawidłowy kąt czegoś tam (nikt zanadto nie rozumiał o co mu chodzi). Przez chwilę Vilmie nie udawało się strząsnąć ze stopy dłoni kolegi. Wszyscy zbaranieliśmy. Tylko najwyższa kultura instruktorów pozwoliła zapanować nad sytuacja bez rękoczynów.
Po lekcji grupowej półgodzinna przerwa na lunch i zaraz lekcja indywidualna. Na zewnątrz upał, w salach jeszcze większy bo w zimie okien się nie otwiera, a tym bardziej nie używa się klimatyzacji. Zdumiewające, że oni rzeczywiście w tych koszmarnych warunkach prawie się nie pocą. Zjedliśmy jakieś “byle co” w barze na dole przypominającym nieco dawny bar Zodiak w Śródmieściu Warszawy (tylko ten tu był czystszy).
Lekcja z Vilmą na temat … kto zgadnie? … Tak!!! 70/100 punktów Pani/Pan (niepotrzebne skreślić) wygrała/wygrał (skreślić jak wyżej) : chodzenie, piwoty i boleo!- prowadzenie. Nie chcę zagłębiać się w detale ale ogólnie ich koncepcja polega na następujących rzeczach:
1/ w dalekim czy bliskim trzymaniu każde z partnerów jest w swojej osi (i równowadze)
2/ para tworzy zamknięty system powiązany bezpośrednim kontaktem (ręce zawsze i ewentualnie stykające się centra w bliskim trzymaniu) - bez napięcia ale z ciałem gotowym, wolnym dla ruchu (nie “rozluźnionym” - rozluźnienie dopiero w trumnie)
3/ partner wyraźnie prowadzi partnerkę do każdego pojedynczego kroku czy ruchu (takiego jak piwot) oddziałując “intencją” wyrażaną NIE ramionami, a torsem i rękami (tu używa się zdecydowanie ale miękko rąk (z nienapiętymi puszczonymi w dół ramionami) i łokciami i dopiero po wykonaniu kroku lub ruchu przez partnerkę partner wykonuje swój krok lub ruch, a następnie prowadzi ją do następnego kroku lub ruchu.
3/ Partner prowadzi właściwie tylko do kroków w przód, w tył, w bok i izolowanych ruchów jak piwot w miejscu (trudno mi to wytłumaczyć bez rozwijania tematu ale jeśli ktoś uczył się u Thierego Le Cock to będzie wiedział o co chodzi).
3/ Oznacza to, że w tej koncepcji partnerka nie naśladuje ruchów partnera - może mieć zamknięte oczy w otwartym trzymaniu, a nie tylko w zamkniętym - jest przez niego prowadzona i to on w sensie następstwa zdarzeń “podąża” za nią. Oznacza to, że torsy często nie są naprzeciwko siebie (choć dążą do tego na koniec sekwencji). Oznacza to również, że każde odpowiada za własną równowagę i własne kroki. Prowadzący odpowiada za wyraźne prowadzenie, a prowadzony (całkiem nieadekwatne tu jest powszechne słowo “podążający” - “follower”) za to żeby był w kontakcie i nie robił “swojego”.
W moim odczuciu dziś zaczęliśmy dużo lepiej chwytać o co chodzi i dużo lepiej zaczęło nam iść.
Vilma ze śmiechem wyznała, że Fernando przez pierwsze lata był słynny z tego że tańczy swoje tango i wymaga, żeby partnerki za nim “podążały” i nadążały ale było to nieefektywne (nikt nie był dość genialnie telepatyczny żeby za nim nadążyć). Była ucieszona z naszych postępów.
Vilma jest cudowna w kontakcie. Myślę, że ma silny, a być może i trudny, autorytarny charakter ale żeby to odczarować wypracowała kilka fajnych “myków” dzięki którym nie dochodzi z nią do konfrontacji. I tak np. dziś kilka razy - tańcząc z nią - wytrąciłem ją trochę z równowagi, a ona zamiast coś na ten temat mówić (pewnie ma tendencje do silnych odzywek) zaczynała wydawać odgłosy jakby jakaś mała myszka walczyła o litościwe przeżycie topiona przypadkiem przez niedźwiedzia. Był to komunikat poza wszelką dyskusją i natychmiast przynosił efekt.
Po lekcji bieg przez miasto (skwarne, duszne od spalin i głośne od ulicznego zgiełku) aby dopaść do butów - 13 kwartałów i już sklep “Neo Tango” (Sarmiento 1938, www.neotangoshoes.com).
Na kilkunastu metrach kwadratowych potencjalnie wolnej przestrzeni około 15 osób (nie licząc trójki sprzedawców). Wszyscy przekrzykują wszystkich, komunikacja katalogowa nie istnieje, obowiązuje język hiszpański ale przynajmniej rozumieją tu liczebniki po angielsku. Setki wystawionych butów ale niemal niczego nie ma bo albo obcas innej wysokości albo numer nie ten, a dyskusja o podeszwach całkiem już bezprzedmiotowa. Joasia pyta kiedy będzie luźniej, a sprzedawca odpowiada: “mam nadzieję, że nigdy! tak jest każdego dnia!”. Oooooooo… ! Po dwóch godzinach (wywalili nas po 19) zgiełku, szaleństwa, przepychanek - jak w latach 80. w mięsnym gdy “rzucili” coś przed Świętami - wyszliśmy z dwiema parami zamówionych przez przyjaciół butów (a właściwie z 1,5 parą bo jedne są takie jak ktoś chciał, a drugie przypominają takie jak ktoś chciał), z jedną parą butów dla Joasi (ale może są za małe?), z jedną parą butów dla mnie (niestety takie czarno-perłowe jakie ma Jacek M. - Jacku wybacz ale nie mogłem się oprzeć, a nic innego nie widziałem dla siebie).
Dokładnie po drugiej stronie ulicy jest mniej znany sklep “Tango Leike” (www.tangoleike.com). Jeszcze pół godziny przeczesywania półek i znaleźliśmy fajne buciki dla jeszcze jednej przyjaciółki, która była tak nieroztropna, że dała nam wolną rękę.
Przemieleni przez tę maszynkę do mięsa skok w taxi i do domu. Jeszcze kupić wodę i colę “zero” i zrobić sobie mały relaks i coś zjeść. Poszliśmy do naszej ulubionej pizzerii, zajęliśmy ostatni stolik pod gołym niebem. Przede wszystkim dużo sałaty i tym razem nasączyliśmy się piwem. Potrzebowaliśmy chłodnego płynu. Mają tu w litrowych butelkach miejscowe lekkie jasne o dziwacznej nazwie Brahma. Mała pizza i jakiś szaszłyk. Zdumiewające jak smacznie robią tu te proste rzeczy. Tajemnica chyba w świeżych produktach (nic z puszki). Przekonaliśmy się, że wielu ludzi ocenia to miejsce jak my - przez cały czas naszej kolacji przewalał się prawdziwy tłum oczekujących na stolik (a okolica jest pełna małych restauracyjek).
Później do domu i czekamy na naszych gości.
PRZYLECIELI
Janusz
Tagi: Ameryka Południowa, Argentyna, Buenos Aires, Fernando Galera, Fernando Galera & Vilma Vega, Fernando&Vilma, jedzenie, lekcja tanga, Neo Tango, tango, Tango Leike, taniec, Vilma Vega, zwyczaje, złota milonga




marzec 14, 2008 @ 8:39 przed południem
Cześć Kochani,
Przesyłamy buziaki dla wszystkich szczęśliwie dolecianych: Aldony, Arno i Wojtka, dla Asi i Janusza, którzy ujrzawszy ocean butów Neo Tango nie uciekli ale dzielnie walczyli z obuwniczymi falami oraz specjalne “cmoki” dla autora - Tego, który się nie poddaje i wiedząc, że prawdziwy geniusz ma zawsze “pod górkę” pisze dalej.
Ela i Paweł
P.S. Po przeczytaniu opisu Waszej lekcji jeszcze bardziej się cieszymy perspektywą naszej grupowej majówki z Thierrym.
marzec 14, 2008 @ 4:54 pm
Tangoblogowe pozdrowienia od “caminito”. Z zapartym tchem śledzimy wasze zmagania z argentyńskimi partykularnościami!
Jeśli chodzi o buty męskie, bardziej zarośnięta część caminito poleca sklep Artesanales (tuż obok szkoły Copellego oraz filia - z nieco mniejszą ofertą - przy El Beso). Bardziej zarośnięta część caminito kupiła już tam kilka par i jest z nich wielce rada. Na prośbę zmieniają podeszwę ze skórzanej (śliiiska, ale można tańczyć nawet na wykładzinach) na zamszową (dobra na parkiety) lub gumową (idealna na kafelki czy taniec w strugach deszczu). I odwrotnie. Fajne męskie buty można też czasem upolować w tango brujo. A buty dość dziwne (niby treningowe a jednak w sumie eleganckie) za to zdecydowanie najwygodniejsze są do kupienia w szkole DNI.
Serdeczności,
Kasia i Mateusz
marzec 14, 2008 @ 5:15 pm
Przed piątą nad ranem stanąłem przed kamienicą, w której mamy mieszkanie. Udało się dostać do środka, miło uśmiechając się do portiera i pokazując wydrukowanego maila z adresem (oczywiście ani słowa po angielsku). Szybko do łóżka, bo podróż trochę jednak wymęczyła, a dzisiaj od rana pierwsze kontakty z miastem…
marzec 15, 2008 @ 11:33 przed południem
i teraz wszystkie Wasze przyjaciółki płoną z ciekawości: jakie te buciki i dla kogo….