Dzień trochę w poprzek z nieoczekiwanym zakończeniem
Środa 12 marca. Dzisiejszy dzień był trochę w poprzek. Wstaliśmy niezbyt wcześnie bo ulica strasznie hałasowała i słabo spaliśmy. Śniadanie jak zwykle, tylko więcej kawy dla przebudzenia.
Zrobiliśmy długą listę spraw do załatwienia bo to taki wolniejszy od tangowych zajęć dzień. Mieliśmy w pół godziny opędzić bieżączkę, a później zacząć kupować liczne zamówione przez przyjaciół ze Złotej Milongi buty.
Najpierw pranie. Tu co 200-500 metrów są pralnie, a na strychu naszego małego apartamentowca mamy pralki do użytku dla mieszkańców. Nikt zatem nie pierze u siebie w domu. Ale miejscowi Życzliwi ostrzegli nas aby nie zostawiać rozwieszonego prania na strychu bo ktoś może ukraść. Z nie pojmowalnych dla mnie powodów - tak jak w Polsce chodzą kolesie i wyrywają miedziane kable elektryczne żeby sprzedać je na złom - tak tutaj w ciepłym kraju miłych ludzi istnieje statystycznie istotny problem, że ktoś rabuje stare ubrania. Tak, rabuje. Nie chodzi o to, że jakaś dziewczyna chce mieć fajne dżinsy i zwędzi je ze sznurka sąsiadce. Zanieśliśmy nasze “brudy” do pobliskiej obdrapanej pralni dla zwykłych ludzi i ku naszemu zdumieniu musieliśmy oddać pranie przez otwór w stalowej przegrodzie uczynionej z niezwykłą dbałością z grubych krat. Nie z takich jakiś byle prętów ale solidnych krat grubych na kciuk drwala i powiązanych 10 mm płaskownikiem. Takich jakie widziałem na filmie “Ucieczka z Alcatraz”! Przed pralnią na skrzynce po owocach siedział facet, który wyglądał na kogoś w rodzaju “obstawy”. Jeśli będziecie w Buenos oddawać swoje T-shirty do prania pamiętajcie żeby mieć dłonie na widoku ochrony bo mogą was wziąć za rabusiów majtek i koszul. Pamiętajcie także aby przynieść ze sobą własny płyn lub proszek do prania. Po pierwsze jest to mile widziane przez obsługę ale po drugie standardowe środki do prania czuć. Czuć w znaczeniu słowa takim, w jakim niegdyś używano go do opisu wrażeń węchowych związanych z “kruszeniem” dziczyzny na mrozie: “o, już dobrze czuć ten comber - skruszał - można go na pasztet”. Przekonałem się o tym dzisiaj kiedy wyszedłem na nasz wielki balkon i zamiast zaczerpnąć świeżego powietrza zachłysnąłem się czymś całkiem nieświeżo pachnącym. Pierwsze skojarzenie to takie, że zaśmierdziały się rozsypane na ulicy śmieci. Tutaj ubodzy ludzie rozsypują worki ze śmieciami wystawione do zabrania przez służby i wybierają z nich wszystko co nadaje się do jakiegoś użytku. Czasem to właśnie czuć. Ale nie, ulica czysta. Więc o co chodzi? Wiatr od rzeki? Nie, to sąsiedzi odebrali swoje pranie z pralni i suszyli na balkonie obok na sznurkach. Noście więc własny proszek. Pamiętajcie też o tym aby zaznaczyć, że nie chcecie (tzn bardzo serdecznie dziękujecie za…) aby używano po praniu standardowych perfum (mają one zapobiegać właśnie tej “czujności” prania standarowym proszkiem i wprowadzają z naszego punktu widzenia “czujność” alternatywną. Perfumowaną. Głośno i wyraźnie: “NO PERFUMO, PER FAVORE” i szeroki przyjazny uśmiech. Nasze pranie będzie na piątek popołudniu, a koszule mają być uprasowane. Niestety nie zaznaczyliśmy żeby nie gotowali naszych ubrań i żeby prasowali patrząc na metki. Nie zabroniliśmy też prania suszyć w suszarce (podobno można odebrać w strzępach). W związku z tym zaczęliśmy obstawiać czy moje nowe koszule od Diora staną się jednorazówkami czy jakoś to przetrzymają.
Po oddaniu prania uświadomiliśmy sobie, że nie przetrwamy dnia bez wymiany dolców na pesety bo za lekcje, milongi, taxi itp nie można płacić kartą, a zresztą taka wymiana jest korzystniejsza kursowo. Zatem do banku. Ale jak na złość banku nie znaleźliśmy szybko, za to złapała nam się taksówka ( aktywne łapanie w BsAs trwa zazwyczaj 3-7 sekund, a pasywne nawet zero bo taksowki jak widzą, że nie podążasz gdzieś zdecydowanym krokiem często zatrzymują się przy tobie same). Postanowiliśmy więc pojechać do jednego ze sklepów z butami i tam w okolicy wymienić pieniądze. Sklep nazywa się “Adolfo Marcos Calzados” i reklamuje się, że robi najwyższej jakości ręcznie szyte buty do tanga. Taksówkarz podwiózł nas na miejsce, a tam poprosiliśmy żeby wysadził nas przy lokalnym banku. Wszystko fajnie ale nasz numerek (taki jak w Warszawie na poczcie) ma przed sobą 45 innych numerków. Znając Argentyńskie tempo obsługi postanowilismy wrócić tu z naszym numerkiem w przyszłym roku, a tymczasem udać się do innego banku . W Bankpatagonia ucieszeni mniejszą kolejką odstaliśmy swoje, a na koniec dowiedzieliśmy się, że potrzebny jest paszport. Miałem przy sobie xero paszportu (tak nam zalecali rozmaici globtroterzy i miejscowi doradcy) i oryginał prawa jazdy. Niewystarczające i gdy próbowaliśmy dyskusji po 30 sekundach naszego delikatnie okazywanego niezadowolenia zbliżył się do nas facet w kuloodpornej kamizelce i napisem na plecach “policia federal” i zaczął odpinać kaburę z wielkim pistoletem. Uznaliśmy to za sygnał do zakończenia rozmowy. W kolejnym banku może nasze dokumenty byłyby wystarczające ale tam nie robią wymiany jeśli nie masz obywatelstwa argentyńskiego (!). W kolejnym facet miał na zegarku 15,01 (a ja 14,59). Płynną angielszczyzną wyjaśnił, że “nic nie może dla nas zrobić” bo o 15,00 nie wpuszczają już interesantów, a to jego zegarek pokazuje “oficjalny czas” a nie mój… Wreszcie jakaś Argentyńczyk powiedział nam o kantorze wymiany walut w pobliskiej “galerii” 20 m. stąd. Oczywiście 20 m przerodziło się w 200 m ze skrętem w boczną ulicę, galeria wyglądała na całkiem wymarłą, a kantoru nikt nie rozpoznałby bo był bez najmniejszego oznaczenia - ot, w obłażącej z farby wnęce kawałek lustrzanej szyby z otworem ledwie na oko i szparą na dole jak w skrzynce pocztowej.
Decyzja żeby włożyć tam 500 dolców emocjonalnie była równa decyzji aby włożyć te 500 dolców do kratki ściekowej na ulicy. Sam w to nie wierzę ale zrobiłem to i odniosłem sukces - forsa nie popłynęła w dal tylko wróciła do mnie w postaci peso po całkiem dobrym kursie 3,12 peso za dolara.
Teraz niemal biegiem do “Adolfo Marcos Calzados” bo dzień prawie uciekł, a my ledwie pozyskaliśmy nieco gotówki. Niestety okazało się, że sklep istnieje (za kratami wewnątrz podwórka) ale buty do tanga? Tu gdzieś jest jedna para - męskie 38. Teraz nie robimy już do tanga ale proszę jakie przyjemne buty wizytowe…
Wściekli i głodni (bo już po 16) wpadliśmy na pobliski róg coś zjeść. Niestety nie ma co opisywać prócz przestrogi aby nie brać w BsAs ziemniaków i sosów w “europejskim stylu”. Joasi ryba była niezjadliwa. Ja połknąłem kotlecik z polędwicy i sałatę - czyli najbezpieczniejszy wybór w Argentynie jeśli ktoś jada ssaki.
Ze względu na porę postanowiliśmy się rozdzielić. Joasia do El Chino na swoje ulubione tortury. Ja postanowiłem sprawdzić “Fabio Shoes” - sklep z butami reklamowanymi jako szyte przez tancerzy dla tancerzy (Riobamba 10, X piętro, apartament 10A; www.fabioshoes.com.ar). Niestety okazało się, że Asia zapomniała butów do tańca, a na nogach ma klapki. W ostatniej chwili taxi do domu i do Chińczyka.

Z przyjemnością pojechałem metrem i per pedes. Tu zazwyczaj dość łatwo znaleźć adres ale nie ma żadnych oznaczeń. Po prostu klatka schodowa z domofonem. “Ola!”, “ola, I’m interested in your shoes”, “bzzzzz” i możesz wejść. Jedziesz windą do mieszkania, w którym pod sufit pudełek, jest nawet dwoje jakiś klientów z Niemiec, trzy osoby obsługi. Bardzo fajny design ale właściwie wyłącznie do tango nuevo. Mnie nie pasowała również jakość (oczywiście ocena na oko wyłącznie - może ktoś ma takie buty dwa lata i w nich tańczy i jest zadowolony). Pod wkładkami czuć palcem prawdziwe szewskie pobojowisko, podeszwy cięte nożem, i ślady butaprenu od czasu do czasu. Pożegnałem się z miłym uśmiechem i tyle.
I tak za późno żeby jeszcze dziś cokolwiek załatwić więc dla odprężenia spacer przez miasto. Kongres (jak twierdzą Argentyńczycy za duży).
To mnie zadziwia w Buenos, że w mieście ogromnego chaosu architektonicznego, wielu ruin, popsutych chodników, śmieci na ulicach, dużych obszarów prawdziwego ubóstwa prawie nie ma dewastacji “mienia publicznego”. Wiele skwerów z “ogródkami jordanowskimi” dla dzieci, gigantyczne pomniki i gmaszyska, parki z ławkami, metro i to wszystko oszczędzone przez wandali a nawet graficiarzy. Ci ostatni zajmują czasem z dużym kunsztem nikomu niepotrzebne powierzchnie brzydkich płotów. A może to tylko specyfika niezłych dzielnic w których bywamy?
Mieszkańcy BsAs kochają psy, troszczą się o nie i mają dla nich wiele tolerancji. Wszystkie widziane przez nas zwierzaki (a było już ich ponad sto) widzieliśmy odkarmione, wyczesane, wesołe - wyraźnie zadowolone z życia. Psy często towarzyszą ludziom w pracy, na zakupach itd. Tak jak te urocze pieski w okienku “kiosku Ruchu”.
W Palermo - gdzie mieszkamy - w środku dnia widać wielu zawodowych wyprowadzaczy psów wędrujących z uroczymi gromadkami po 5-8 sztuk zgodnie spacerujących czworonogów.
Jak już nieźle się zlazłem - w metro i do domu. Po chwili przyszła Joasia i postanowiliśmy po krótkim odpoczynku pójść na polecaną nam przez Fernando środową milongę do Plaza Bohemia. Powinna zaczynać się o 22.00 więc celowaliśmy na 22.45. Oczywiście próbujemy wejść jako nie para. Na miejscu rozczarowanie - jakieś zajęcia dla facetów. Chyba technika. Czterdziestu hombres uczy się w parach prowadzenia. Kolejny raz okazuje się, że to co napisane w zapowiedziach nie musi zgadzać się z życiem. Moja zwykła refleksja w takich sytuacjach to “no, znowu dzień do kitu”. Zacząłem już schodzić po schodach kiedy słyszę, że Joasia nie daje za wygraną i szlifuje swój hiszpański starając się ustalić dlaczego nie ma milongi, kiedy będzie następna, skąd można brać aktualne informacje itp. Nagle woła mnie na górę i mówi, że milonga zacznie się za kwadrans. Zawracam więc, ale słyszę tym razem już angielski (co znaczy że Joasia sprawdza czy aby dobrze zrozumiała po hiszpańsku) : “to znaczy, że może mnie poprosić kobieta? i ja mogę poprosić mężczyznę?, i każdy może poprosić każdego? i jego też może poprosić mężczyzna?” (i tu widzę palec wskazujący skierowany do mnie). “Janusz, wchodzimy!” - zapadła nasza wspólna decyzja.
Fantastyczny klimat dziecięcej wolności, prawdziwej zabawy, spontaniczności, szczęścia płynącego ze swobody wyrażania siebie poza konwenansem, czułości i miłości… Jeśli chcieć się czepiać to tego, że część osób naprawdę słabo tańczyła, a część poruszała się w tłumie jak miejscowi taksówkarze. Tak, czy inaczej wieczór wynagrodził nam wszystkie małe niepowodzenia dnia. Na tym zakończę dzisiejszą relację.
janusz
Tagi: Ameryka Południowa, Argentyna, Buenos Aires, graffiti, homoseksualizm, jedzenie, milonga, mniejszości seksualne, Plaza Bohemia, tango, taniec, wymiana dolarów, złota milonga







marzec 14, 2008 @ 2:50 pm
Kochani,
wciaż i nieodmiennie z radoscia czytam o Waszych przygodach. Nie wiemy tylko kto [i czy] poprosil Janusza w Plaza Bohemia i kogo Janusz poprosił, a kogo Aska i kto ją …. . I co tam sie tanczylo? Nuewiactwo?
Buziaczki szczere, i jak najsmaczniejszej rybki [piatek] no i jak najmilszej milongi dzisiaj, P.
marzec 14, 2008 @ 4:05 pm
Pawle, niech reszta tego wieczoru będzie owiana mgiełką tajemnicy…
janusz