Krzyk rozpaczy czyli głos z off-u

Jestem na skraju załamania nerwowego. Nie wiem już prawe nic a rozumiem jeszcze mniej, jeśli to w ogóle możliwe. Dziś dopadło mnie na domiar złego paskudne przeziębienie, przed którym uciekam od wielu dni, klucząc i starając sie zgubić swój trop. Nadaremnie. Mojej frustracji nie potrafi już ukoić ani moje dzielne acz wiotkie, niestety, “ego obserwujące”, ani upalny dzień, który zamieszkał na balkonie, ani nawet perspektywa kolejnych dni, jakie przede mną w boskim BA. Muszę się komuś wyżalić. Uwaga, zaczynam.

Najtrudniejsze jest to, że po lekcjach u El Chino, a potem F & V, straciłam władzę nad swoim ciałem, nie wiem, czego w nim szukać, czego wymagać, a co odpuścić. Młody, zanurzony po uszy w technice Marcelo, pokazał mi ciężką ale w miarę jasną drogę. Otóż, przeprowadził mnie dokładnie i metodycznie, przez różne partie mięśni, pokazywał, że tylko kontrola, pełna kontrola nad stopą, łydką, kolanem, stawem biodrowym, mięśniami opasującymi dół mojego brzucha, rozpisanie stawiania każdej nogi na wielostopniowy proces mikrospotań z podłożem, zróżnicowanych napięć wewnątrz ud i w pośladku, doprowadzi mnie do miękkiego tańca, w którym będę czuć się silna, stabilna, elastyczna, wrażliwa na bodźce, ale w pełni odpowiedzialna za siebie. Pokazał, że pracując ciężko, poznając na wylot działanie manufaktury skurczy i rozkurczy, MAM SZANSĘ.

Niestety, ilekroć usiłuję wcielić w życie jego zalecenia na lekcjach Vilmy i Fernando, dowiaduję się, żem napięta, że wkładam za wiele energii w ruch, zamiast się mu poddać. Tu powinnam wypuszczać do przodu i tyłu zrelaksowane kończyny, tam powinnam była tylko stopniować napięcie, tu mam zrelaksować plecy, tam nauczyłam się (czy dobrze?), że tylko silne zwarcie wokół moich lędźwi, ochroni mnie przed katastrofą wypadnięcia z pionu. No i jeszcze ramiona - mam tak trzymać partnera, żeby wykorzystywać jego energię, a więc wyraźnie, konkretnie, ale nie napinając (Broń Boże) w/w ramion. Co więcej, mam przez te moje nienapięte mięśnie przepuszczać energię w kierunku rozluźnionych bioder, co by mogły się skręcać zgodnie z wolą prowadzącego. Stanęło (nomen omen) na tym, że NIE WIEM CO ROBIĆ i JAK. RATUNKU!!!!!!!!!! Z tego wszystkiego, straciłam świeżo zyskany pion i doświadczam regresji na każdym polu, najbardziej wszak tangowym.

Każdy komentarz, porządkujący mój bałagan lub chociaż wspierający, potraktuję, jako “uczynek miłosierny co do duszy i ciała”. Z góry więc proszę i dziękuję.

Trochę mi odpuściło.

Dziewczyny pytały mnie, co właściwie robiłam z El Chino. Spróbuje opisać nasz trening, także, po to, żeby zapamiętać część tych ćwiczeń.

1) Rozgrzewka: stajemy w lekkim rozkroku, kolana otwarte, wbijamy stopy w podłogę i jednocześnie wyciągamy kręgosłup do sufitu (jakby do czubka głowy ktoś przyczepił linkę), potem ramiona w bok (wyciągamy jak najdalej od siebie) i w górę. Rozciągnie czyli “dzień dobry”

2) Przesuwanie pionu prostpadle (tak!) do podłoża czyli przenosimy ciężar ciała na przednią, tylną część stopy oraz na boki, przy czym staramy się, żeby kręgosłup pozostawał pod kątem 90st wobec podłogi, co można uzyskać otwierając kolana, otwierając stopy oraz, co najważniejsze, działając mięśniami w dolnych partiach pleców i brzucha w taki sposób, żeby napinać się “na odwrót” tj. kiedy pochylasz sie do przodu wyobraź sobie, że ktoś powstrzymuje ten ruch i musisz pokonać opór z przodu, analogicznie do tyłu i na boki.

3) znajdź, poznaj pole rozpięte pomiędzy palcami a piętą, naucz się świadomie wybierać miejsce, na którym stajesz, zauważać różnicę doznań, po to, żeby jeszcze lepiej kontrolować to jak stoisz

4) a teraz przenosimy ciężar ciała z jednej nogi na drugą, tak, żeby cały proces trwał 20s, a potem 15s, a potem 10, 7, 3,1

5) chodzimy w taki sposób, żeby po tym, jak uzyskamy pewność, że jesteśmy gotowi przenieść ciężar na dugą kończynę, włożyć jeszcze dodatkowy wysiłek (extra mobilizacja) i dopiero wtedy stanąć na docelowej nodze

6) piwot wykonywany poprzez “wbicie” energii w podłogę, a poprzedzony obrotami samej klatki piersiowej (wersja 1) lub samych bioder (2). Cięciwę napinamy poprzez malutkie kroczki wokół własnej osi, a potem poprzez wbicie w podłogę nogi obciążonej, spuszczamy ją. Samo leci

7) nogi w rozkroku a potem w wykroku - zsuwamy nogi siłą mięśni wewnętrznych ud, potem wykonujemy kroki w bok, w przód i w tył wykorzystując nowo poznane doznanie. Ku naszemu zdziwieniu, to jest możliwe, a przy kroku w bok, stopa zaczyna uroczo ciągnąc się po podłodze 8) no i pośladki; mają napinać się kiedy już jesteśmy na stopie i nodze docelowej, mają zakorzeniać i stabilizować, ale jak to robić mając rozluźnione biodra? Jeszcze nie wiem

Pod koniec szóstej lekcji, tańczyłam prościuchne kroki a la nuevo i stawiałam stopy (całe!!!!) mocno, czułam się silna. Dopóki ….nie trafiłam na lekcję do VF. To tyle. Jedno pozostaje bez zmian, tu też stawia się często całą stopę na podłodze, czyli obcas jest wykorzystywany w tańcu. Naprawdę często.

Przez cały czas nie oduczyłam się spieszyć, niestety.

Napięcie opadło, mam zatem kilka godzin wytchnienia do milongi (dziś zrezygnowaliśmy z edukacji tangowej), na której wszystko, obawiam się, wróci do roztrzęsionej normy, no chyba, że nikt “mną” nie zatańczy, wtedy wszak …..

A&A udali sie dziś na rekonesans do DNI. Dzwonili zachwyceni. Młody wyruszył z prawdziwym autorem bloga w kierunku Recolety (dziś tam podobno dzieją się ciekawe rzeczy). Resztę poznacie niechybnie z Januszowej relacji.

A teraz, deser dla Pań. Otóż, szczęśliwymi posiadaczkami butów są AniaFr (1), AniaWr (1), ElaG (1), KasiaZ (1/2).

I jeszcze jedno. Tu jest bardzo fajnie.

Joanna

Odpowiedzi: 5 do “Krzyk rozpaczy czyli głos z off-u”

  1. Zimki mówi:

    Po pierwsze strasznie się cieszę, że Drogi Głos wreszcie wyszedł z Offu!
    A teraz już wchodzę w rolę członka powszechnie znanej grupy wsparcia :)
    Nie od dziś wiadomo, że wszystko najpierw burzy się, miesza i mętnieje
    zanim nastąpi wielki tangowy sus, a następuje on zazwyczaj tak, że nie zauważasz jak i kiedy.
    Są z pewnością tysiące dobrych technik, przejście przez ich szkołę jest… świetną szkołą, ale i tak wszystko wciąż zmienia się, przebudowuje, jedno wchodzi a drugie wychodzi, jedno się układa, a drugie psuje, coś do ciebie trafia, a za chwilę tamto już nie a coś innego tak. A potem czasem okazuje się, że chodziło o to samo.
    Póki co myślę, że trzeba słuchać wszystkich mistrzów, pochłaniać i absorbować mądrość, która płynie z ich ust i dać sobie czas!
    Żeby to wszystko wlazło, zadomowiło się, ułożyło, zagnieździło a nade wszystko przefiltrowało się przez Twoje tangowe ego (wtedy może i sprzeczności znikną).
    Na tym bym zakończyła.
    Ściskam Cię najmocniej
    K.
    PS Tak myślałam, że te pół butów pewnie dla mnie :)

  2. aniawr mówi:

    Joasiu, wcale mnie nie dziwi, że chińska gimnastyka nie znajduje harmonijnego rozwinięcia w lekcjach F i V. Sądząc z tego co piszesz, Twoje “ulubione tortury” to jakas propedeutyka ruchu, rodzaj tangowej siłowni. Na pewno obliczona na fantastyczne rezultaty w przyszłości, po miesiącach cierpliwych ćwiczeń. Czemu nie? Cwicz to jak jogę, a potem niczym się nie przejmuj tylko rób to, co Vilma każe, bo wydaje mi się to znacznie bliższe samego tańca i związanej z nim przyjemności. Rozbieżności potraktuj jak wyzwanie - przecież twoje ciało to elastyczny instrument, dostosowująć się do innego ( lub inaczej wyrażonego) kodu, zyskuje na giętkości. Przyjdzie moment, że samo wybierze. Trzymaj się. Aniawr

  3. ania frr mówi:

    One mają rację! Nic dodać, nic ująć.
    wiadomo, “dezintegracja pozytywna” - a w tej chwili możesz tylko wierzyć, że pozytywna, bo nic na to nie wskazuje. Poza doświadczeniem, Twoim i naszym. Już tak bywało (może nie tak okropnie, no ale jesteś w BA, więc i kryzys musi czymś sie różnić od zwykłego, tutejszego) - i zawsze mijało, wszystko układało się jakoś, jak pisze K.
    Teraz też tak będzie. I nie zauważysz nawet, że tańczysz lepiej i piękniej - bo nie zauważysz,kiedy to się stało i, co gorsze, będziesz miała kolejne,zupełnie nowe problemy…
    Całuję, a

  4. elosito mówi:

    Niech Wam Tango wynagrodzi Wasze wsparcie Moje Najmilsze Komentatorki.
    Pokretny “Doswiadczacz” sprawia zreszta, ze dzis moje priorytety sa juz zupelnie inne. Chce wyzdrowiec! Jestem tak mocno przeziebiona, ze wypadlam calkowicie z rozkladu tangowych zajec. Z tej perspektywy wolalabym stan przedwczorajszy. Ot, zycia, caluje, joasia

  5. Ela G. mówi:

    Cześć Joasiu, nasze doświadczenia warsztatowe są takie, że wszystko się nam po nich rozsypuje. Mamy z Pawłem za każdym razem poczucie, że wszystko robimy źle a tak, jak wymaga aktualny prowadzący chcielibyśmy ale nie potrafimy. Potem jakoś to nam się układa i koniec końców czujemy coraz większą przyjemność z tańca. Jeśli chodzi o “El Chino” - z Twojego opisu wynika, ze jest to raczej coś na kształt naszej rajgrodzkiej techniki z Luizą tyle że na wyższym poziomie wtajemniczenia. Może powinnaś potraktować to jak ćwiczenia, rozgrzewkę - coś co wyćwiczy Ci odpowiednie partie mięśni i ścięgien a u F i V zapomnieć o tym i przyjmować wszystko “na świeżo”. Myślę, że nabyta u “El Chino” pamięć mięśniowa sama w tańcu zadziała. Zobaczysz, już niedługo będziesz się z tego śmiała. Pamiętasz jakie mieliśmy początki? My z Pawłem CHODZILIŚMY chyba z pięć miesięcy zanim udało nam się koślawo zatańczyć. Teraz jak patrzymy na grupy początkujące myślimy: “Boże, my tez tak kiedyś się męczyliśmy” ale było warto i nie wiadomo kiedy zaczęliśmy tańczyć. Teraz zawsze będziemy mieli problem Sokratesa, ponieważ im więcej się nauczymy, tym będziemy mieli większą świadomość błędów i ogromu rzeczy, których jeszcze nie wiemy. Twoje rozterki są najlepszym tego przykładem. Przede wszystkim zadbaj o zdrowie, jak się lepiej poczujesz to wszystko ujrzysz w innym świetle.
    Ściskam cię gorąco i bardzo dziękuję za buty.
    Buziaki
    Ela

Napisz odpowiedź