Kryzys
15 marca - Sobota. Asia coraz bardziej zaziębiona. Przeżywa też tangowy kryzys, któtemu wyraz daje w poście “Krzyk rozpaczy …”. Ja zresztą też mam swoją zapaść tangową. Trudno mi się pogodzić że droga do kroku do przodu zaczyna się od kilku kroków w tył. Przestajemy słuchać muzyki w domu.
Wybieramy się z Wojtkiem zobaczyć Recoleta - elegancką część miasta. Mieści się tam bardzo szczególny cmentarz Cementerio de la Recoleta - odpowiednik warszawskich Starych Powązek w części dla zasłużonych. Dodatkowo w soboty w okolicy Placu Francuskiego jest tam coś w rodzaju jarmarku z rękodziełami miejscowych rzemieślników - “obowiązkowe” miejsce dla turystów. Jarmark okazuje się kompletnym niewypałem. Stoiska z najbardziej paskudnymi “pamiątkami”, o których jedna nasza przyjaciółka powiedziałaby pewnie: “nawet bym tego końcem kijka nie dotknęła…” . Kilka stoisk z tangowymi fotkami o zadziwiająco niskim poziomie amatorszczyzny, jakieś grafiki i “obrazy” w absolutnej większości poniżej kiczu z krakowskiej czy warszawskiej starówki. Zamieszczam tu zdjęcie stanowczo wyróżniających się na plus prac i ich autorki.
W innym miejscu jarmarku mogliśmy przekonać się o ponadczasowości potęgi miłości. Długi rząd wróżek i wróżów, a wśród nich “Love Tarot” i niektórzy klienci chyba nie młodsi niż sama sztuka wróżenia z kart.
Można było też spotkać tam egzotyczną księżniczkę, a nawet nawiązać z nią miły kontakt.
Na tyłach tamtejszego muzeum mogliśmy też zobaczyć jak powstają dzieła współczesnych rzeźbiarzy argentyńskich.
Miejscowa komercyjna galeria też nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia choć przed wejściem do niej zostaliśmy otoczeni przez umundurowaną ochronę, która stanowczo zabroniła fotografowania czegokolwiek poza palmami stojącymi przed budynkiem. Na całe szczęście fotografia cyfrowa daje spore możliwości .
Zadziwiające okazały sie ceny - po 4-7 tys peso za niewielki olej. Jestem pewien, że bardziej wzięci miejscowi malarze dopasowują format do standardu lotniczej walizki.
Powiem wam co mi się rzeczywiście podobało na jarmarku w Recoleta. Obstawiamy, obstawiamy, obstawiamy… . Nie warto obstawiać i tak nikt by nie zgadł. Dzień był doprawdy bardzo ciepły, a słońce - jak to argentyńskie słońce - paliło. Zapragnęliśmy pić. Wszystkie ogródki gastronomiczne były do połowy zatłoczone, a w połowie puste. Tym większy tłok tam gdzie większy cień. Pustka tam gdzie praży słońce. Po kolejnym kwadransie było nam wszystko jedno czy woda, czy piwo czy cokolwiek innego mokrego. Ja zacząłem już nawet tęsknie spoglądać w stronę niewielkiej kałuży tworzącej się ze skroplin ściekających z jakiegoś klimatyzatora. I nagle udało nam się dopaść niewielki cienisty stolik. Niemal natychmiast pojawiła się bardzo miła kelnerka. Właściwie powinienem napisać “niestety bardzo miła kelnerka”. Gdybyśmy byli w Polsce, to w tak turystycznym miejscu walnęłaby jakąś “cytronetą” w plastikowym jednorazowym kubku, skasowała dychę i już. Ale ta nie. Dysponowała niewyobrażalnym wyborem najbardziej wymyślnych napoi, koktaili, mokrych pianek przeznaczonych do siorbania, shakeów i wszystkiego tego co gasi pragnienie a wy nawet nie wiecie, że takie rzeczy istnieją. Niby dobrze ale nie całkiem. Jej bowiem profesjonalna duma i typowo argentyńska grzeczność nakazywały aby dogłębnie zbadać twoje tu i teraz potrzeby i żebyś podjął tę najwłaściwszą decyzję. Najwłąściwszą, a nie byle jaką. Ale jak tu się tak subtelnie skomunikować jeśli ona ni w ząb w tobie znanym języku a ty ni w ząb w jej znanym. Czuję, jak moje gardło goreje, dziąsła wysuszone upałem pieką, język za chwilę spuchnie i niczego już nie zdołam wyrazić werbalnie, a ona nie odpuszcza próbuje ustalić czy aby na pewno znasz już wielość możliwych wyborów, a zatem wielość możliwych rozkoszy i którą właśnie konkretną z nich wybierasz. Jeśli ktoś czuje sie zniecierpliwiony czytając ten przydługi opis to lepiej zrozumie jak ja się wówczas czułem. Tracąc już niemal przytomność uznałem, że jedyną szansą będzie wyrzucanie z siebie co chwilę “si signora, per fabore”, “si signora…” licząc, że w jej grzecznym i pomocnym słowotoku wceluję w jakąś konkretną propozycję. Udało się! Wreszcie coś zanotowała i zwróciła się w stronę Wojtka. Ten jednak mądrze - korzystając z doświadczeń swojego ledwie żywego przodka siedzącego obok - po prostu poszedł z nią do baru i z pewną siebie miną szybko palcem wskazał o co mu chodzi kończąc tę niemą wypowiedź grzecznym “per fabore”.
Napój bogów, który widzicie na zdjęciu nie przypomina niczego co jest osiągalne w naszej pięknej ojczyźnie. To zmiksowane w odpowiednich proporcjach lodowate (na oko 4-5 st. C) owoce dobrane przez eksperta od gaszenia pragnienia. Zmiksowano je z pewną ilością równie lodowatej wody (mogłoby być to mleko, alkohol albo lody) z taką dynamiką, że powstała równomierna gęsta zawiesina z warstewką delikatnej pianki na górze. Efekt to interakcja składu i jakości owoców, temperatury i konsystencji uzyskanej przez rozdrobnienie i wpuszczenie maluteńkich pęcherzyków powietrza. Do picia podano zwykłą cienką słomkę co w pierwszej chwili - jako człowiek obeznany jakoś z gastronomią - uznałem za nieoptymalność. Nie miałem racji. Właśnie cienka słomka powodowała, że musiałeś włożyć pewien - niezbyt w końcu duży - wysiłek w gaszenie pragnienia (a wiadomo przecież, że jak coś za łatwo przychodzi to mniej jest cenione). Koktajl miał wyraźnie bardzo dużą pojemność cieplną (niewielkie jego ilości bardzo ochładzały) i gdyby ciągnąć go przez grubą słomkę do shakeów z pewnością zaziębienie gwarantowane. W mojej kompozycji było też niezwykle przyjemne to, że delikatnie “chrupała” pod zębami. Prawdopodobnie to efekt zmiksowanych gruszek, które często zawierają takie drobne twarde cząsteczki. Całość niemal nie słodka ale i nie kwaśna - po prostu orzeźwiająca.
Tak wzmocnieni udaliśmy się na cmentarz. Podobno - jak twierdzi Aldona - na Kubie są zbliżone w swoim charakterze cmentarze. Ja jednak niczego takiego wcześniej nie widziałem. Cmentarz który jest jakby miastem, a alejki ulicami utworzonymi przez przejścia miedzy ogromnymi grobowcami (wielopiętrowymi w górę i w dół) w stylach architektonicznych odzwierciedlających dekada po dekadzie historię Buenos od początki 19 wieku kiedy je założono.
Leżą tu najznamienitsze rodziny BsAs i Evita Peron (9 m pod ziemią aby trudniej było zbeszcześcić lub wykraść jej ciało).
Przespacerowaliśmy się jeszcze kilkoma najbardziej eleganckimi ulicami miasta - oddają niegdysiejszą świetność Argentyny i dają nadzieję, że ten wspaniały kraj podźwignie się ze swojego kryzysu.
Teraz już w pośpiechu do domu. Wojtek był umówiony na wyjście na jakieś przyjęcie do miejscowych przyjaciół przyjaciół, a ja z Joasią. Pierwotnie mieliśmy zaplanowaną lekcję grupową u Fabiana ale w ramach kryzysu odpuściliśmy. Poszliśmy na kolację. A&A spędzili dzień na maratonie zajęć z tango nuevo w DNI.
Przy okazji poszukiwania jakiegoś nowego miejsca, w którym moglibyśmy zjeść odkryliśmy przepiękny kawałek Palermo (Av Cervino na “wysokości” ok. 3000).
Restauracyjka, w której na koniec wylądowaliśmy okazała się bardzo Ok choć moim zdaniem nie stanie się kolejnym z ulubionych przez nas adresów. Pod koniec kolacji dojechali do nas A&A i było bardzo miło. Z pewną satysfakcją (nie lubię nuevo) mogłem zobaczyć, że Arnaud ma wielkiego na dłoń krwiaka na łydce - efekt czyjejś pomyłki w dynamicznym tangowym kopniaku.
Joasine przeziębienie w coraz większym rozwoju.
janusz
Tagi: tango, Buenos Aires, jedzenie, Ameryka Południowa, Argentyna, taniec, tango nuevo, Recoleta, sztuka Argentyny, Evita Peron, DNI









marzec 16, 2008 @ 9:15 pm
Cześć Kochani!
Ściskamy was wspierająco (komentarz do kryzysu pod “Krzykiem…”). Asiu, koniecznie zadbaj o zdrowie. Nie przejmujcie się tak, bo w końcu ma to być przyjemność - no chyba, że macie jakieś zawodowe aspiracje tangowe. Odwiedźcie grób Gardela. Kto mu włoży pomiędzy palce zapalonego papierosa (koniecznie Galoises) temu się spełni życzenie. Ale pewnie to już wiecie. W każdym razie myślę, że możecie odpuścić wszystko, poza tym czego będziecie żałować po powrocie do Polski.
Buziaki
Ela
P.S. Kicze cudowne!!!
marzec 16, 2008 @ 10:17 pm
Jeszcze trochę, a największym wabikiem BA stanie się dla nas (przynajmniej dla mnie) wcale nie tango - tylko ta ambrozja, wołowina, ryba z tłuszczykiem itd…. No, jeszcze ew. cmentarz.
Twoje refleksje na tematy kulinarne są tak głębokie i poetyckie
I wcale nie żartuję !