Pierwszy dzień w nowym składzie
14 marca
Wyspaliśmy się i pierwsze śniadanie w Buenos z naszym synem - Wojtusiem … no dobrze - z Wojtkiem - ostatecznie jest dorosły (niemal). Płatki śniadaniowe, a on jeszcze dodatkowo kanapki. Trochę leniuchowania i spotykamy się z Aldoną i Arnaud na lekkim lunchu w okolicznej lunchowni. Ja z Wojtkiem nacinamy się (ach ten hiszpański) na “salat Americana” z ryżu, szynki i jajek (niby OK ale kompletnie bez smaku), Joasia ma jakąś smaczną zieleninę, A&A nic chyba nie jedzą tylko coś piją.
Po drodze do domu (mieszkamy obok siebie) odbieramy stertę prania. Aldona pyta się dlaczego pranie wydają przez otwór w “więziennej” kracie. Jak już pisałem, tu prane rabują tak jak brylanty u jubilera, pieniądze w banku itd. - proste. Za upranie spodni, około 20. t-shirtów, tygodniowej porcji skarpetek i majtek, 6. koszul z prasowaniem płacimy 24 peso! Później odkrywamy, że dodatkowo w ramach wynagrodzenia poszła reszta płynu do prania (pewnie 3/4 opakowania nie zwrócono nam) - tak czy inaczej to bardzo tanio. Zdaje się nic nie jest zniszczone. Jeszcze dodatkowo po drodze odebrałem spodnie z pralni “5 a sec” (dobrze znanej mi z Polski - to sieć “europejska”). Ponieważ to wielki biznes sieciowy zakładałem, że mają wystandaryzowane procedury, chemię itp. Niestety nie dość, że nie chcieli do prania przyjąć mi koszul (w Warszawie piorą koszule i robią poprawki krawieckie) to moje spodnie zostały przeżarte tym czymś czym je prali i dziś zaczęły rozpadać się w szwach… . Jeszcze próba wymiany pieniędzy na weekend w citibanku i kolejny raz bank odmawia, bo nie mamy tu u nich konta. Pokazuję swoją polską kartę Citi ale nic to ich nie obchodzi. Znowu lądujemy w jakimś kantorze. Po zastanowieniu wydaje się to chyba bez znaczenia bo znajomy opowiedział nam jak z bankomatu dostał kilkaset peso w fałszywych banknotach i bank nie wziął za to odpowiedzialności…
Rozstajemy się - my z Joanną na indywidualna lekcję do Fernanda, a oni na spacer gdzieś po okolicy. Niestety okazuje się, że taxi dziś nie jeżdżą do centrum miasta bo całe centrum jest “wykupione” przez jakiegoś amerykańskiego showmana, magika dusz - kaznodzieję. Facet zmontował telebimy, dał megakoncertowe nagłośnienie i sprzedał bilety około 1.000.000(!!!) odbiorców swoich mądrości. W związku z tym biegiem do metra (od nas to niezły kawałek drogi), a później z metra na lekcję (też kawałek). Niestety pogubiliśmy się w szalonym tłumie i najpierw popędziliśmy w całkiem inna stronę. Spóźnieni 15 minut, zasapani i zlani potem pół zajęć uspokajaliśmy tętno i siebie nawzajem. Fernando nawet w którymś momencie spytał się mnie czy muszę mieć minę jak mafiozo czy jednak mogę się rozprężyć.
Prowadzenie, postawa, stawianie kroków na przykładzie jakiejś prostej i eleganckiej sekwencji przydatnej na ciasnych milongach. Mam trochę zamieszania z powodu różnic między tym co na temat praktyki prowadzenia przekazują oddzielnie Vilma i Fernando. Niby zasady takie same ale wyprowadzenie ruchów nieco inne i gdzie indziej główny nacisk na to co ważne. Czy to kolejny dowód na to, że “każdy tańczy swoje tango”?. Gdy pytam o to Fernanda, mówi: “w TYM przypadku” powinno być tak i tak. Czy zatem zasady są relatywne, a może wszystko jest bardziej złożone niż przekaz pierwszych lekcji? Joasia ma sporo zamieszania z powodu niezgodności między wzorami przekazywanymi przez “El Chino”, a wzorami przekazywanymi i - co gorsza - sprawdzającymi się w stylu F&V.
Po lekcji łazimy w tłumie uważając żeby nas ktoś nie okradł (naprawdę jest ścisk) i trafiamy na uliczny pokaz tanga. Jako “starzy wyjadacze” (niezależnie od niskiego poziomu osobistych kompetencji) widzimy w tych ulicznych tangowych mistrzach bardziej gimnastyków niż “kultywatorów” tradycji tanga argentyńskiego.
Jest nieznośnie gorąco, duszno, gwarno i śmierdzi spalinami. Siadamy na lody i kawę. Lody są zaskakująco drogie (relatywnie do innych cen) i umiarkowanie smaczne (stanowczo zbyt słodkie). Niesamowite wrażenie sprawia Pani-Ochroniarz pilnująca lodówki z kanapkami i napojami (!).
O 20.30 spotykamy się z A&A na lekcji grupowej u F&V. Znowu kroki, kolejny rodzaj zmiany kierunku w ruchu, ocho, sacady, zmiany w parach… . Trafia mi się elegancka 90. , która z tyłu wygląda jakby była wysportowaną 30. Asia twierdzi, że moja partnerka “nie trzyma się znowu tak dobrze - co prawda figurę ma nienaganną (zwłaszcza, że ma na sobie obcisły spodium) ale jest zniszczona od słońca i w rzeczywistości nie ma więcej niż 80…”. Chyba jednak przemawia przez nią babska zawiść.
A&A są zadowoleni i kupują pakiet trzech lekcji indywidualnych i lekcje grupowe. Aldona zauważa, że bez solidnego “basicu” jaki tu jest silnie promowany praktycznie nie ma szans na klasycznych milongach gdzie jest mało miejsca i nie ma obyczaju przepychania się na parkiecie. Dziś czuję, że doświadczenia kilku lekcji sumują się i wszystko razem jakoś mi się składa w całość. Jednocześnie jednak przestaję mieć wątpliwości na temat przyszłości mojego tanga - czeka mnie poważne cofnięcie się jeśli chodzi o swobodę tańca i mozolna praca nad odkrywaniem i rutynizowaniem nowego stylu tańczenia.
Jedziemy do “naszej” pizzerii Romario, gdzie spotykamy się z Wojtkiem. Jemy przy barze bo nie ma żadnych szans na stoliki. Jakaś pizza, zielenina. Anoud i ja piwo, a reszta białe wino. Joasia bierze rozżarzoną blachę z pizzą. Strasznie parzy się w rękę. W kilka sekund personel podaje lód w woreczku, specjalną maść, wodę utlenioną itd - widać, to codzienność lokalu.
Przebieramy się w domu i około pierwszej w nocy jedziemy na milongę do klubu La Baldosa (Ramon L. Falcon 2750)
z pokazem nuevo w wykonaniu nauczycieli z DNI (Av. Corrientes 2140, www.estudiodnitango.com.ar) - P. Villaraza, D. Frigoli i innych.
Wejście 15 peso od osoby. Dostaliśmy wygodny stolik (choć w drugim rzędzie). Podłoga z kamiennych (a może ceramicznych) płyt. Jak zwykle obsługa do stolika. Duża mocno oświetlona sala. Jest pełno ludzi ale bez wielkiego tłoku. Większość tańczy “salon” w bliskim trzymaniu, a młodzież w bojówkach i t-shirtach “pół nuevo”. Arnauld postawił butelkę czerwonego.
Pokazy zaczęły się około 2 w nocy. Przedtem ku naszemu zdumieniu puszczano rock’n rolla i tp. Niemal całość pokazu filmuję. Oczywiście niesamowita sprawność wykonawców ale to właściwie baletowe układy. Mnie to nie chwyta. Uwielbiają szafować niezwykle dynamicznymi kopnięciami do przodu i do tyłu między nogi partnerów, przy czym kopnięcia w tył przelatują milimetry od krocza, “zawijają się” do góry i stopa świszcze obcasem przelatując między łopatkami aż gdzieś koło ucha … Aż strach pomyśleć, że komuś mogłoby zbraknąć precyzji… .
Później tańczymy kilka tand między sobą. Wojtek przysypia na siedząco przy stoliku. Zmęczeni wracamy do domu.
janusz
Tagi: tango, milonga, Buenos Aires, jedzenie, Ameryka Południowa, Argentyna, Fernando Galera, Vilma Vega, taniec, Neo Tango, 5 a sec, citibank, tango nuevo, La Baldosa, Villarraza, Frigoli, Fernando Galera & Vilma Vega, Fernando&Vilma



