Ostatnie tango w Buenos Aires
24 marca - poniedziałek wielkanocny.
Późno wstaliśmy czego od razu trochę żałujemy ale to przecież wakacje, więc bez gwałtu. Śniadanie jemy w domu. Płatki, jogurty, kawa. Trochę dziwnie jak na Święta. Przepiękny dzień. Słońce, delikatny wiaterek, temperatura około 22 st C. Chcemy jeszcze zobaczyć jakiś kawałek Buenos. Wojtek proponuje Ogrody Japońskie (Jardin Japones) w naszej dzielnicy. Bardzo przyjemny, leniwie-rodzinny świąteczny spacer.
Jak zwykle w kontekście azjatyckich ogrodów kamienie, szemrzące strumyczki, jeziorka i potworowate karpie …
Zdumiał mnie tu jeden obiekt - tzw. lorneta turystyczna. Sama jej obecność w niedużym założeniu parkowym już dość dziwna a dodatkowo została doprowadzona do kuriozum przez szczególne jej usytuowanie.
Czas na lunch. Wojtek zapragnął abyśmy wybrali się do takiej lokalnej knajpki z zawsze zamkniętymi na klucz drzwiami. Niestety okazało się, że już jest nieczynna o tej porze (w Buenos większość nieturystycznych miejsc zamykają w środku dnia między 15 a 16 i otwierają ponownie około 19-20). Obiecaliśmy sobie (a właściwie Wojtkowi bo Joanna i ja tu już byliśmy przecież) że zjemy tu dzisiejszą - ostatnią wspólną w Buenos - kolację. W końcu wylądowaliśmy w jakimś przypadkowym miejscu z całkiem niezłymi empanadas (rodzaj pieczonego pierożka) i z niewiarygodnie drogim (jak na Argentynę) piwem (12 peso kufel).
Po lunchu rozstaliśmy się z naszym synem. Wojtek planował powylegiwać się w jakimś parku na trawie, a my spacerkiem udać się na jedną z popołudniowych milong. Popołudniowe milongi w Buenos mają wielki walor - sporo wolnego miejsca umożliwiającego tango z tylko umiarkowanym kisielem (czyli można trochę poszaleć). Są też mniej skodyfikowane, a więc łatwiej prosić itp. Postanowiliśmy wybrać miejsce jeszcze nam nie znane i padło na milongę El Firulete w Confiteria Ideal (Suipacha 384). Gdy przybyliśmy na miejsce trochę nas zatkało. Dotychczas kluby-milongi w których byliśmy przypominały albo osiedlowe domy kultury, albo zaadaptowane hale przemysłowe, albo spore mieszkanie przerobione na lokal taneczny. Tu zobaczyliśmy piękny stuletni budynek (1912 r.) wykończony marmurami i granitami z ogromną salą kolumnową na parterze i nieco mniejszą (chyba) salą kolumnową na piętrze.
Parter to kawiarnia (a może restauracjo-kawiarnia), gdzie tego wieczora miały odbyć się pokazy tanga argentyńskiego. Na piętrze po prostu milonga.
Sektory męskie i żeńskie chociaż czytelne (jak zwykle gości usadza gospodarz wg własnego widzimisię) to jakoś tak ułożone, że nie ma naprawdę fatalnych miejsc (choć rzecz jasna są lepsze i gorsze). Joanna dostała znowu najlepszą możliwą miejscówkę (to tak oczywiste jak nasze płatki z jogurtem na śniadanie). Przez kilka godzin tańczyła nie tylko wszystkie tandy ale wszystkie co do jednego utwory. Gdy chciałem mieć ją w parze musiałem dawać znaki już gdy schodziła do stolika na cortinę (tu i wszędzie gdzie byliśmy w Buenos wszyscy grzecznie opuszczają parkiet na czas cortiny i schodzą do swoich stolików). Milonga tego popołudnia w Confiteria Ideal w ogóle miała urzekający klimat. Piękne historyczne wnętrza, 70-80-cio letni żigolo jak z jakiś karykatur Lotreca, damy pamiętające - bez żadnej przesady - początki tego miejsca i pozostające w oczekiwaniu na zaproszenie do tanga, lampy dające koloryt oświetlenia naftowego, ponury kelner w białej marynarce i czarnej muszce, transowo tańczące pary… . Joanna poszła naprawdę w tango. Jak twierdziła nigdy jeszcze nie tańczyło się jej tak dobrze jak tego popołudnia, a zwłaszcza milongi (których z zasady nie tańczymy razem bo słabo się w nich czujemy). Trzeba przyznać, że absolutna większość Argentyńczyków przychodzących tu, do El Beso czy do Plaza Bohemia prowadzi bardzo dobrze lub znakomicie.
Ja miałem też swoją uciechę. Siedziałem przy jednym stoliku z niezwykłym męskim okazem od którego chłonąłem milongową praktykę. Macho-żigolo dla którego czas zatrzymał się chyba w latach 40. XX w. Postawny (tu oznacza to około 175 cm wzrostu), szeroki w barach, z wydatnym mięsisto-krogulczym nosem i wystającym podbródkiem, z którego zwieszały się kotary opalonej skóry, oko lekko przekrwione, czarne, generujące nieco omdlewające spojrzenie “spode łba”, włos niezbyt już gęsty, farbowany na niemal czarny kasztan, obficie brylantynowany, zaczesany w lśniący plerez schodzący głęboko na kark, pod nochalem cieniutki czarny wąsik pociągnięty niemal do połowy policzka (tylko lekko w skos w dół), z bokobrodami w kształcie damskiej nóżki z wyrazistą łydką (!) i z bucikiem trącającym swoim czubkiem na policzku koniec tychże wąsików. Tabakowa marynarka dwurzędowa z szeroką i długą klapą, rozpięta na trzy guziki biała koszula i fular jakby przemieszany z wylewającym się obfitym siwym kudłem, spodnie w pionowe pasy i kant jak brzytwa… . Całość mocno doświadczona życiem, intrygująca, zrelaksowana i pewna siebie. Każde stąpnięcie jak na przyssawkach. Każdy skręt ciała w zmiennej dynamice zwolnionej sprężyny. Objęcie jak w miłosnym uścisku z kadru niemego kina. Ikona klasycznego tanga argentyńskiego. Tego dnia nie miałem żadnych problemów z proszeniem Argentynek (no może troszkę trudno było wyhaczyć te młodsze “sztuki”). Szczególnie jedna partnerka była dla mnie jak brylant. Była w nieokreślonym wieku kogoś kto “jest tu od zawsze”. Być może jej mama urodziła ją gdzieś tu, obok, między tandami w czasie cortiny 50-60 lat temu. Jej prawe oko było praktycznie wciśnięte w głąb oczodołu od nieustannego od lat opierania się tą częścią twarzy o kolejnych milongueros. Tańczyła bosko. Odgadywała w ułamku sekundy każdą intencję mojego prowadzenia, a tam gdzie intencji mi zbrakło lub sprzeczne intencje się nieco przeplotły (przyznam, że mi się wciąż zdarza czasem) przejmowała na 2 sekundy prowadzenie “wstawiając nas” w jakąś dającą mi się dalej rozwinąć sytuację. Płynęła i pozwalała mi płynąć. Gdy raz zablokowałem nas miedzy jakimiś nadmiernie kisielującymi parami i wyszeptałem jej zduszone “sorry siniorita…” - wymruczała latynoskim altem coś jakby “no importante…” i jednym zdecydowanym i idealnie płynnym samowolnie narzuconym mi krokiem wydostała nas z opresji i powirowaliśmy dalej. Na koniec tandy - jakby z zadowoleniem - poklepała mnie lekko po pośladku mrucząc coś po hiszpańsku. Cudowny wieczór!
O ósmej udaliśmy się na kolację z Wojtkiem do Parrilla San Cayetano. Oczywiście nie można ot tak sobie wejść ale drzwi otwarto nam z klucza. Było niemal całkowicie pełno, więc posadzono nas na nieco trzeszczącej antresoli. Za plecami biegły grubaśne rury wentylacyjne, a nieco nad głowami wirowały mocno kolebiąc się - jakby chciały odlecieć - wielkie wiatraki mieszające powietrze. Przyznam, że dopóki nie wypiliśmy trochę “domowego” vino tinto nie miałem pewności czy tu jest całkiem bezpiecznie. Tym razem obsługiwał nas bystry, uroczy i wesoły Banderas. Joanna jak zwykle rybę (smaczna ale dość zwykła), wszyscy sałaty completa. My z Wojtkiem na przystawki zimne ozorki marynowane w balsamico i jelita z grilla z jakimś nadzieniem (chyba z krwi). Ozorki znakomite, a jelita … ciekawe przeżycie. Na drugie Wojtek wziął bife de lomo (polędwica). Re-we-la-cja! Ja wziąłem bife de chorizo (polędwicę krzyżową). Re-we-la-cja! Uznaliśmy z Wojtkiem, że tutejsze mięsa są lepiej robione niż w świetnej “Anastasji”. Jeśli jeszcze zauważyć, że tutejsze ceny są na poziomie 50% zwykłych restauracyjnych to jest to najlepsza mięsna knajpa jaką znaleźliśmy w Buenos. Niestety wysiadł im ekspress i nie mogliśmy wypić kawy.
Spacer do domu, pakowanie. Jutro o 11.00 trzeba wsiadać w taxi.
janusz
PS - ten zapis powstał na lotnisku w Madrycie w drodze do Warszawy.
Tagi: Argentyna, argentyńska wołowina, bife de chorizo, bife de lomo, Buenos Aires, Confiteria Ideal, cortina, El Firulete, Jardin Japones, milonga, Palermo, Parrilla San Cayetano, polędwica, tango, tango argentyńskie, taniec, Wielkanoc





marzec 26, 2008 @ 10:14 przed południem
Hej! Przeczytałam wszystko ale ponieważ natrafiłam na Waszego bloga gdzieś po tygodniu Waszego pobytu zaczęłam czytać zaległości jak najlepszą powieść. Brawo!!!!! Janusz, piszesz super w kapitalnym stylu!!! Opisy kulinarne takie, że od razu ślinka mi cieknie:))) a wszelkie opisy milong, lekcji opatrzone odpowiednimi zdjęciami - niesamowite, prawie jak bym tam była! Wszystko z cudownym poczuciem humoru, kolorowo, barwnie, ciekawie - jednym słowem GRATULACJE!!!!!!!!!!!!!!!!!!
PS
A “pani od polaka” po prostu się na Tobie nie poznała!!!!
marzec 26, 2008 @ 7:44 pm
Kochani,
Będzie mi brakowało relacji z Buenos, czytałam je na bieżąco przy porannej kawie. Pachniało mi jedzenie, które opisywałeś Januszu. Ja sobie poszukam innej lektury a cieszę się, że wracacie. Bardzo miło Was witam w zaśnieżonej Warszawie. Ściskam!
marzec 26, 2008 @ 9:09 pm
Janusz! Coś tak intensywnie i nieodparcie zmysłowego było w Twoim
opisie tego one tango story, że nagle wydało mi się obiektem pożądania
mieć ten nieokreślony wiek, koniecznie latynoski alt i duszę tak przegryzioną tangiem, że cóż może z jej wyżyn znaczyć wszystko
“no importante”…
Ach!
K.
marzec 26, 2008 @ 10:33 pm
Brawo Janusz! Fantastyczna historia z tą jedyną partnerką, bardzo się wczułem w klimat.
Cały blog znakomity. Przeczytałem go dopiero dziś, w całości, chociaż wiedziałem o jego istnieniu wcześniej.
Sporo perełek np. padłem ze śmiechu przy opisie dwa razy młodszego staruszka, który zastąpił DJa.
Niezapomniana lektura.
Dziękuję
Pozdrowienia dla Joasi.
Do zobaczenia.
marzec 27, 2008 @ 1:22 przed południem
Tak, już niemal koniec tej opowieści ale … jeszcze przewiduje kilka wpisów.
1. Po pierwsze podsumowanie “turystyczne” - może przydatne dla odwiedzających Buenos i wracających.
2. po drugie niemal skończyłem w samolocie może nudny ale szczegółowy konspekt teoretycznej wiedzy wyssanej od Fernango i Vilmy.
3. może coś jeszcze od Joanny - wciąż jest w Buenos
janusz
marzec 27, 2008 @ 8:06 przed południem
Joasiu, prosimy!